Kariera Kryzys to bezrobocie, a bezrobocie to urząd pracy. Jak wygląda dzień w pośredniaku i co może w nim z...

Kryzys to bezrobocie, a bezrobocie to urząd pracy. Jak wygląda dzień w pośredniaku i co może w nim znaleźć ktoś, kto pracy szuka naprawdę

Kryzys to bezrobocie, a bezrobocie to urząd pracy. Jak wygląda dzień w pośredniaku i co może w nim znaleźć ktoś, kto pracy szuka naprawdę [fot: mediaphotos/iStockphoto]

A19, stanowisko numer 6 - brzmi z głośnika. Wstaje drobna kobieta w czarnym, dość znoszonym płaszczu i podchodzi do wyznaczonego przez system stanowiska. Po chwili wstaje z krzesełka i wychodzi. Co maluje się na jej twarzy? Ani wielka radość, ani rozgoryczenie. To charakterystyczne, bo w pośredniaku nie ma szału. Wiedzą o tym Joanna z Utah, Rafał z podopieczną MOPS-u, Agnieszka, której ciężko było w sklepie zoologicznym i Mariusz, który jest tu stałym bywalcem.

Parę minut przed dziewiątą. Z budynku pośredniaka wychodzi kilka osób. Jest kobieta w różowej kurtce, dresowych spodniach i kozakach, młoda dziewczyna energicznie rozmawiająca przez telefon i mężczyzna w średnim wieku dopalający papierosa przed wejściem. Tłumów nie widać.

W środku też podobnie. Ludzi jak na lekarstwo, tylko tablice na ścianach wskazują poszczególne działy: staże, pośrednictwo pracy, pracodawcy, kierownictwo. Jest też informacja, ale i w niej pusto. Zgodnie z drogowskazem najlepiej iść do sali pośrednictwa pracy, w końcu to, wydawałoby się, najważniejsza część Powiatowego Urzędu Pracy we Wrocławiu. Choć trafić tam niełatwo, to w końcu jest: wielka tablica ogłoszeń i monitor z ich elektronicznymi wersjami.

Poszukują montażystów, pracowników porządkowych, telemarketerów, operatorów wózków widłowych. Na krzesełkach siedzi kilka osób, głownie w wieku 50+. Wszyscy z biletami kolejkowymi w ręku.

Maszyna jest zresztą świetnym punktem odniesienia pokazującym urzędowe doświadczenie bezrobotnych. Bez problemu można odróżnić tych, którzy są tu po raz pierwszy od tych, którzy są stałymi bywalcami. Pierwsi wybierają bilety o wiele dłużej, zastanawiają się, który guzik wcisnąć, pozostali mają taką wprawę, że mogliby to robić niemal z zamkniętymi oczami.

Telemarketer po historii sztuki

Młoda blondynka też czeka na swoją kolej. Jak ocenia dzisiejsze szanse na znalezienie pracy? – Słabo. Jestem historykiem sztuki, a ofert nawet zbliżonych do mojego wykształcenia jest tyle co nic – przyznaje Joanna.

Z uśmiechem opowiada o swoich przygodach w urzędzie pracy. Niedawno wróciła ze Stanów, gdzie towarzyszyła mężowi w czasie kontraktu. To jej drugie podejście do pośredniaka. Przed wyjazdem była zarejestrowana przez pół roku, ale bez rtezultatów. No może poza ofertą pracy magazyniera, z której Joanna śmieje się do dziś. Tym bardziej, że w Stanach problemów z pracą w zawodzie nie było.

- Za granicą dowiadywałam się, jakie mam szanse na znalezienie tam zajęcia i bez problemu zostałabym przyjęta do muzeum w Salt Lake City. Niestety, ze względu na ograniczenia wizowe nie mogłam pracować - opowiada.

One wstydzą się swojej pracy. W powszechnej opinii mają tylko parzyć kawę, odbierać telefony i ładnie wyglądać. Prawda o tym zawodzie jest jednak zupełnie inna. Ma 26 lat i słychać u niej delikatną, amerykańską naleciałość językową. Nic dziwnego, bo jak sama przyznaje bardzo się tam zadomowiła i planują z mężem wyjechać na stałe. W trakcie rozmowy przypomina sobie, że dokładnie rok temu piekła indyka (22 listopada Amerykanie obchodzili Święto Dziękczynienia). Pracy szuka, żeby nie siedzieć w domu.

Nie chodzi o pieniądze, ani nawet o ubezpieczenie, bo mąż ma bardzo stabilną posadę i świetne warunki socjalne. Myślała o otworzeniu własnego antykwariatu, ale dofinansowanie, czyli 20 tysięcy złotych, jest tak małe, że nawet na lokal by nie starczyło.

Przez głośnik pada jej numer. Wraca po kilku minutach, jeszcze bardziej uśmiechnięta. Co zaproponowali? - Pani zajrzała do mojej teczki i powiedziała: "Jest Pani historykiem sztuki, to mam dla Pani ofertę - telemarketer!". Wynagrodzenie to 900 złotych miesięcznie, a że jestem z Kątów Wrocławskich to na same dojazdy wydałabym więcej.

Zapytana o warunki w Stanach, kręci głową. - To nieporównywalne. W Ameryce pracownika się szanuje, nie ma wykorzystywania, nie czuć presji ze strony pracodawcy. Tam są tak dobre warunki pracy i takie pieniądze, że mogłabym nawet nalewać paliwo na stacji benzynowej.

Od zamiatacza po lekarza

Jak to więc jest z tymi ofertami? Jeśli spojrzeć na tablicę ogłoszeń, to pierwsze co rzuca się w oczy, to skrajności. Znajdziemy więc ogłoszenia, w których wymaga się wysokich kwalifikacji i bardzo specjalistycznych umiejętności albo oferty, w których pracodawca oczekuje pozytywnego nastawienia do pracy. Jeśli więc bezrobotny nie jest osobą, której kompetencje trafiają dokładnie w wymagania na bardzo oryginalnych stanowiskach, to teoretycznie musi decydować się na nisko płatną pracę przy mało atrakcyjnych zajęciach.

Co dziewiąty bezrobotny ma wyższe wykształcenie

We wrześniu stopa bezrobocia w Polsce wynosiła 12,4 procent. Według najnowszych danych GUS liczba bezrobotnych w Polsce to 1 994 900, a co dziewiąty z nich ma wyższe wykształcenie. Dzisiaj wyższym wykształceniem może pochwalić się prawie 30 procent Polaków, a jeszcze kilka lat temu było to 16 procent. Magistrów przybywa więc szybciej niż ofert pracy dla nich.

Znajdziemy na przykład ogłoszenie pracodawcy poszukującego osoby na stanowisko kierownika działu konstrukcyjno-projektowego. Najważniejszym wymogiem jest doświadczenie na podobnym stanowisku, a płaca to 5-7 tysięcy brutto. A już obok szukają specjalisty ds. zakupów. Powinien mieć wykształcenie wyższe, lata praktyki w zawodzie zaopatrzeniowca. A wynagrodzenie? 2 tysiące brutto.

Znajdą się również bardziej oczywiste oferty, jak: wykładanie towaru (6zł/h), odśnieżanie dachów (11zł/h), zbrojarz, ślusarz albo opiekun osoby starszej. Trafiają się również takie stanowiska jak lekarz w areszcie śledczym, oczywiście, z prawem do wykonywania zawodu. Płaca - 3400 zł brutto.

Mariusz, który jest tu stałym bywalcem, ostatni raz rejestrował się miesiąc temu. Ten na oko 50-latek przyznaje, że nigdy jeszcze nie spotkał się z ciekawą ofertą pracy. - Nawet jeśli wydawała się interesująca, to coś było nie tak. Albo wysokie wymagania, albo niska płaca. Często jednak wybór jest bardzo mały, dlatego wolę już szukać w internecie - dodaje.

To lepsze niż praca?

Podobnie jak Mariusz działa Agnieszka. Była pracownica sklepu zoologicznego z poprzedniej posady zrezygnowała, bo warunki były bardzo ciężkie. Nadgodziny, niska pensja, nieokreślone obowiązki. Teraz zarejestrowała się w urzędzie, ale pracy szuka przede wszystkim przez internet i znajomych. Nie do końca orientuje się w ofertach urzędu, bo nie miała okazji, żeby je przejrzeć. Nie słyszała również, żeby ktoś znalazł tam ciekawą ofertę.

- Nie nastawiam się ani negatywnie, ani pozytywnie. Traktuję to jako kolejną drogę do znalezienia pracy, zwiększenia szans - tłumaczy. - Następną wizytę mam 4 grudnia. Zobaczymy, co mi zaproponują.

Niepełnosprawni pracownicy atrakcyjniejsi

W łatwiejszej zawodowo sytuacji są osoby niepełnosprawne. Tablica dla nich przeznaczona wręcz ugina się pod ich ciężarem. Ogłoszenia wiszą jedne na drugich. Niepełnosprawnych zatrudnia się coraz chętniej, bo część ich wynagrodzenia pokrywa państwo, więc przy stanowiskach biurowych, urzędowych a nawet fizycznych, niewymagających pełnej sprawności dla pracodawcy jest to bardzo opłacalne.

A wcale nie muszą oferować jej pracy. Tuż obok sali z ofertami wisi tablica z informacją o szkoleniach prowadzonych przez urząd. Jest ich sporo, ale nie ma gwarancji, że każde z nich się odbędzie. Musi się zgłosić odpowiednia liczba chętnych. Tych, jest sporo, bo ze szkoleń bezrobotni korzystają chętnie.

- Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się zarejestrować są właśnie szkolenia. Dużo osób mówiło, że naprawdę warto, bo można trafić na ciekawe propozycje - przyznaje Agnieszka, która oficjalny status bezrobotnej ma od października. - Słyszałam o fajnym szkoleniu z księgowości, ale w tym roku już go nie będzie. Zaczekam do przyszłego.

Szkolenia to nie tylko podniesienie kwalifikacji, ale również bodziec do zawodowej samodzielności. Kurs florystyki albo grafiki komputerowej to jedne z najdłuższych szkoleń, które uczą nie tylko konkretnych umiejętności, ale i prowadzenia własnego biznesu w tych branżach. Dla tych mniej odważnych urząd prowadzi kurs Umiejętność poszukiwania pracy.

Ze szkoleń korzystał również Mariusz. Był między innymi na kursie prowadzenia wózka widłowego i obsługi komputera. - Cały koszt pokrywał urząd i jeszcze zwrócili mi pieniądze za poświęcony czas, więc czemu nie skorzystać - stwierdza. Czy kursy się przydały? - Tylko przy jakiejś dorywczej pracy. Na razie nic na stałe.

Praca w ministerstwie? Tylko na stażu

Inna możliwość to staż. Tu mamy wybór. Albo skorzystamy z tego, co już jest dostępne, bądź weźmiemy sprawy w swoje ręce i zgłosimy się do pracodawcy, u którego chcielibyśmy taki staż odbyć. Wystarczy namówić go, by złożył wniosek do urzędu pracy. Takie rozwiązanie daje nawet pierwszeństwo w przyjmowaniu wniosków.

Urzędy namawiają do tego rozwiązania, bo to dobry krok w rozwijaniu kariery w branży, którą się interesujemy. Staże mogą trwać od 3 do 12 miesięcy. Stażysta otrzymuje w tym czasie stypendium w wysokości około 900 złotych miesięcznie.


Integracja pracowników to klucz do sukcesu firmy. Nie każdy wyjazd integracyjny działa jednak w ten sposób. Co zrobić, by wzmocnić więź w grupie?
Pracodawcę nic to nie kosztuje, bo wszelkie koszty ponosi urząd pracy. Z jednej strony to zaleta z drugiej wada, bo często w okolicach października kończą się fundusze na finansowanie stypendiów. To bardzo zniechęca.

- Dwa razy próbowałam załapać się na staż - wspomina Joanna. - Za pierwszym razem był właśnie problem z pieniędzmi. Za drugim usłyszałam, że nie spełniam warunków ustawowych, czyli mam więcej niż 25 lat. Teoretycznie mogłabym się starać o staż jeszcze przez dwa lata, bo pracę magisterską obroniłam w zeszłym roku, ale w urzędzie powiedzieli, że musiałabym być dodatkowo samotną matką.

Joanna na przykładzie swojej koleżanki, również historyka sztuki, pokazuje też groteskowość systemu stażowego. - Dostała staż w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Otrzymywała tam 900 złotych. Po trzech miesiącach staż się skończył, ale ministerstwo zaproponowało jej dalszą współpracę, tyle, że za pensję jeszcze niższą niż stażowe.

Szukać, trzeba chcieć

Młody chłopak w sportowej kurtce i markowych butach ostentacyjnie rozłożył się na krześle. Bawi się iPhonem, a para obok zajęta rozmową w ogóle nie zwraca uwagi na to, co dookoła. Takich ludzi jest tu wiele. Przychodzą koledzy, koleżanki, małżeństwa. Kilka osób czyta książki, ktoś rozmawia przez telefon. To pewnie ci, którzy przychodzą, bo muszą.


Stawinski/Reporter/East News
W sali, gdzie przyjmowane są wnioski rejestracyjne jest bardziej nerwowo. Ludzi tu więcej, a większość z nich to młode osoby. Przeważają mężczyźni. Siedzą niemal jedno na drugim. Ciężko znaleźć wolne miejsce. Niektórzy wyglądają jakby czekali na wyrok, inni zachowują się jakby trafili tu przypadkiem. Większość z nich jest tu pierwszy raz i stąd te emocje. Za drugim razem będą już mniejsze.

Na jednym z krzesełek siedzi mężczyzna, koło 40-stki. Czyta książkę Rodzina w kryzysie, ale co chwilę odrywa od niej wzrok i wygląda jakby na coś czekał. Przyszedł się zarejestrować? - Broń Boże - zarzeka się z uśmiechem. - Jestem tu z podopieczną.

Rafał jest pracownikiem MOPS-u. Zajmuje się rodzinami, którym sąd odebrał dzieci. Pomaga im je odzyskać, ale najpierw rodzice muszą chcieć znaleźć pracę. PUP to dobre miejsce, by to udowodnić. Ale czy naprawdę ci ludzie szukają zatrudnienia?

- Raczej nie - śmieje się Rafał. - Chodzi przede wszystkim o ubezpieczenie zdrowotne. Większość ludzi, z którymi pracuję, zgłasza się tutaj przede wszystkim po to. Podejrzewam, że tak jak gro osób na tej sali. Po pracę przychodzi niewielu.

Zasiłek, chętnie. Praca, nie tutaj

Zasiłek dla bezrobotnych, ubezpieczenie zdrowotne, stypendia, refundacje, dofinansowania - te świadczenia przyciągają bezrobotnych.

- Dostaję zasiłek, bo wcześniej byłam zatrudniona na umowę o pracę. No i mam ubezpieczenie. To dobre zabezpieczenie na czas szukania zatrudnienia. Bo nawet jeśli robi się to na własną rękę i nie wiąże żadnych nadziei z urzędem, to nie trzeba się martwić o te świadczenia - przyznaje Agnieszka.

Joanna na zasiłek nie ma szans. Kiedy wyjechała do Stanów została wykreślona z rejestru i tym samym straciła szansę na otrzymywanie go w przyszłości. W podobnej sytuacji jest Mariusz. Żeby otrzymywać zasiłek trzeba mieć udokumentowaną pracę na umowę na okres przynajmniej roku, 1,5 roku wstecz. Niestety, takiego dokumentu nie ma.

- Wielu ludzi pracujących nie zdaje sobie sprawy, jak ciężko jest znaleźć pracę - stwierdza Joanna. - Mój mąż też do nich należał, ale zmienił zdanie, kiedy, ja zaczęłam szukać. Powoli zaczynam zastanawiać się, czy się nie przekwalifikować, nie zacząć nowych studiów i znaleźć taki zawód, żeby to praca znalazła mnie.

Joanna, Agnieszka, Mariusz ciągle czekają na dobrą propozycję. Jak przyznają, to nie musi być praca marzeń, ale przynajmniej taka, która pozwoli im żyć na jakimś poziomie. I co najważniejsze nie czekają, aż urząd pracy ich w tym wyręczy.

 

2012-11-28 06:00

Komentarze

  • 29.11.12, 23:27:56

    ~kowal..ski napisał(a):
    ludzie co wy tu piszecie praca za 900 zł .PRACUJESZ I BIEDUJESZ .Czas wykopać zakopane kałachy.i na wiejską.POLACY DO BRONI. KRWI. W Londynie mam 90 funtów dziennie i to nie jest jakieś halo.Az mnie krew zalewa gdy to czytam .Wcale sie nie dziwie ze szkopy polakami gardzą ,jesteśmy dla nich Rumuny europy. pracownicy za 200 euro. SZOK.
  • Magda S

    30.11.12, 11:25:56

    Magda S napisał(a):
    ja byłam raz w urzędzie pracy na takim spotkaniu i oni tam nie robią dosłownie nic, pan poczywiście nie miał dla mbnie żadnej propozycji, spytał tylko czy moze ja sobie czegoś nie wyszukałam
  • zagubionaWświecie

    30.11.12, 11:28:14

    zagubionaW… napisał(a):
    to zależy jeszcze od tego w jakim miejscu się rejestrujecie, w bnaprawde dużych miastach to lepiej to wygląda bo tam sie bardziej angazyja pracownicy
  • 30.11.12, 14:28:53

    ~????????? napisał(a):
    za komuny pracowałem za 20 dolców iwystarczało na życie mieszkanie oraz kielicha ,obecnie mam 400E I BIIEDA JAK CHOLERA.
  • 16.04.13, 15:45:37

    ~zdumiona wielce napisał(a):
    Joanno tak dobrze w Stanach, to po co wróciłaś do Polski? Nie kumam czaczy? tam możesz w zawodzie pracować, a wróciłas tutaj, żeby się przekwalifikowywać i narzekać na cały świat?