iWoman.pl Na serio Ludzie Krystyna Kofta: Mam prawo mieć wariackie papiery

Krystyna Kofta: Mam prawo mieć wariackie papiery

[fot: Michal WARGIN/ EastNews]

Z pisarką Krystyną Koftą rozmawiamy o jej nienawiści do wakacji, internetowych miłościach, dziwnych snach oraz pieniądzach.

Jeden z wpisów na Pani blogu dotyczy snu. Co się Pani śni?

Krystyna Kofta: Kiedyś często śniły mi się koszmary. Nawet krzyczałam przez sen, a w związku z tym, że spałam z mężem na bardzo wąskiej kanapce, budziłam go. Udało mi się jednak opanować sytuację. W momencie, kiedy budziłam się z owego koszmaru, dopowiadałam sobie happy end. Bałam się moich snów. Później miałam depresję. Sądzę, że to był właśnie początek mojej choroby. Na ogół mam sny dobre, kolorowe. Jeżeli są one złe, śni mi się, że jestem w obcym miejscu, zagubiona, i nie znam otoczenia. Zwykle są to podziemia, labirynty, chodzę po nich, gubię się, nie mogę znaleźć wyjścia.

ZOBACZ TAKŻE


Kożuchowska: Nie boję się czterdziestki
Kilka tygodni temu miałam sen, że moja komórka jest martwa i nie mogę z nikim się połączyć, żeby znaleźć ratunek. Powiedziałam sobie, że muszę iść ciągle w prawo i wyszłam. Bardzo często w trakcie pisania śnią mi się kawałki moich powieści, oraz postaci, które żyją swoim sennym życiem a następnie pojawiają się w mojej książce. Obok łóżka mam notesik, ma chyba ze dwadzieścia lat, w którym zapisuję fragmentarycznie moje marzenia senne. W jego środku są szkice opowiadań i dialogi ze sztuki. A nawet bywa pomysł na rysunek. Czytałam w Newsweeku, że mózg w trakcie snu pracuje i porządkuje wszystkie dane i informacje. Dlatego też wydaje mi się, że dobry sen ma tak wielkie znaczenie i wartość, a jego rola jest nie do przecenienia. Wie Pan, co jest dziwne? Że sny są czasami kolorowe a czasami czarno-białe. Zawsze mnie to zdumiewa.

Pamięta Pani swój najdziwniejszy sen?

To było przed śmiercią mojej matki. Nic nie zapowiadało jej odejścia. Śniło mi się, że patrzę na moją mamę, która leży i zastanawiam się, czy ona żyje. Widzę siebie jako jeszcze jedną osobę patrzącą z boku. A w nogach łóżka stoję jeszcze jedna ja, jako mała dziewczynka. Wyglądam jak na fotografii, którą zrobił mi ojciec. Było to bardzo dziwne. Nie było wcale koszmarne a jednak to był jeden z tych proroczych snów, których się boję.

Pisze Pani zarówno dla odbiorcy internetowego jaki i dla odbiorcy książkowego. Sposób pisania dla tych dwóch grup różni się jakoś?

Powiedziałabym, że nawet bardzo. Pisząc mój blog nie przywiązuję takiej wielkiej wagi do języka, bo dokonując wpisów używam języka mówionego. Staram się jednak zachować mój styl mówienia. Nie wiem, czy Pan zauważył, ale ja mam obecnie bardzo wiele wejść na mój – około 295 tysięcy. Jakaś masakra – mówiąc językiem młodzieży (śmiech). Jak miałam 190 tys. wejść, zdziwiłam się i zadzwoniłam do Onetu, powiedziałam, że ktoś musiał się pomylić w trakcie zliczania odsłon. Śmiali się bardzo, bo to przecież liczy automat. Ale to jest dobrze, że ludzie czytają.

Kto go czyta?

Myślę, że są to bardzo różni ludzie i nie można jednoznac- znie określić ich sylwetek. Dużo osób czyta, ale mało zostawia swoje komentarze. Na samym początku przy zakładaniu bloga oznajmiłam internautom, że mogą pisać o mnie, że jestem starą, brzydką grafomanką i im się nie podobam. Ja i tak nie mam za- miaru zaglądać w komentarze. Opinia nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Ci którzy zostawiają swoje wpisy to najczęściej bardzo młodzi ludzie, którzy nie czytają, ale zabawne jest to, że wchodzą na mój blog i piszą różne słowa. Jestem już trochę nauczona doświadczeniem – bo pisałam kiedyś dla Onetu felieton, a to zupełnie inna, zamknięta forma, prawie jak papierowa – że nie warto czytać internetowych opinii. Ponieważ jednak to sprawia przykrość moim przyjaciołom, postanowiłam wyłączyć komentarze, bo ludzie składali mi wyrazy współczucia z powodu głupich wpisów.

Będąc przy temacie felietonu. Jest on uznany za najtrudniejszą formę pisarską.

Racja. W Twoim STYLU jestem ich autorką od prawie 20 lat. Niedawno magazyn obchodził 20-lecie i napisałam na blogu o tym, że nie zaproszono w odpowiedni sposób Krystyny Kaszuby, która sprawowała przez 14 lat stanowisko naczelnej. Zrobił się wokół tego wielki szum.

Ale weźmy przykład Hani Samson. Kiedy ona pisała felieton w sieci, każdy z nich opatrzony był strasznymi komentarzami. Byłam tym przerażona! Hania była już rozwiedziona z Andrzejem Samsonem, a zwracano się do niej używając okropnych słów, insynuując że sprowadzała dzieci swojemu mężowi itd. Poziom agresji internatów był niezwykle wysoki. Ale podobno to jest specyfika polska. Przy moich felietonach również były komentarze, że nie wiem nic o miłości, bo jestem feministką z owłosionymi nogami i wąsami. Ale zaraz obok tego znajdowały się również pozytywne opinie, które w połączeniu z negatywnymi głosami tworzyły długą dyskusję. Mój mąż jest profesorem psychologii i czytając moje komentarze dziwił się, że tych agresywnych było i tak bardzo mało.

A z czego może to wynikać, że było ich mało?

Grupa osób, która tam wchodziła to ludzie, którzy czytają więcej niż statystyczny Polak. Mają wiedzę i znają się na języku. Uważam, że niektórzy ludzie są tacy agresywni, bo to wynika z ich frustracji, a długo tak nie można żyć, nie da się rady. Ich słów nie powinno się czytać. Niestety szkoda wtedy komentarzy sensownych, które giną gdzieś pośród.

Jest Pani autorką pierwszej powieści internetowej pt. Krótka historia Iwony Tramp.

Napisałam ją przy współudziale internautów. I jeszcze zanim przystąpiliśmy do jej tworzenia od razu padały pytania, kto dostanie za to pieniądze. Myślałam, że uda mi się wciągnąć ludzi w całą akcję. Znalazło się kilka uzdolnionych osób i weszłam z nimi w kontakt. Wymienialiśmy maile i w książce znalazło się kilka ich pomysłów. Ale inni! Nie znali polszczyzny. Na sześćdziesiąt słów, trzydzieści było obelgami.

Zauważyłam, że moi znajomi pisarze i pisarki tworząc swoje blogi nie mają na nich opcji zostawiania komentarzy, bo wiedzą, co się będzie działo. Ja mój blog piszę za darmo, nie pozwalam na reklamy, nikt nie narzuca mi tematyki wpisów i zezwalałam na komentarze. To chyba powoduje, że tak wiele osób odwiedza moją stronę, wiedzą, że traktuję ich dość poważnie. Ale to tak już jest. Kiedy piszę coś lekkiego nagle pojawiają się opinie, że jak mogłam, bo przecież mam na swoim koncie poważne powieści jak Wióry, Wizjer, Monografię Grzechów – moje dzienniki.

Mogę pisać to, co chcę. Bez względu na krytykę, moje i tak jest na wierzchu, bo to krytycy piszą o mnie, a nie ja piszę o nich. Jestem trzydzieści lat na rynku, który głosuje swoimi portfelami. Moje książki sprzedają się naprawdę dobrze, a to coś znaczy, choć nie piszę takich książek jak postacie medialne czy serialowe aktorki, które zostają pisarkami na rok i później znikają. Mnóstwo jest teraz takich. Są pisarze i pisarze.

Będąc jeszcze w wirtualnej tematyce, nie przeraża Pani, że bezpośredni kontakt zanika i głównie ogranicza się do sms-ów i komunikatorów?

Nie przeraża mnie. W ogóle mnie mało co przeraża. Uważam, że bezpośredni kontakt jest najważniejszy, a kontakty internetowe powodują, że ludzie się jednak spotykają. Internet pozwala na kontakt zawsze w pracy, w domu. Obecnie wielu młodych ludzi nie ma czasu na życie towarzyskie. Stąd bierze się potrzeba takiego kontaktu. Sama prowadzę bujne życie mailowe i smsowe.

Ale korzystając z portali randkowych zachowujemy się jakbyśmy kupowali kapelusz, który ma pasować do butów. Blondyn nie, niski nie...

(śmiech) Są niszowe strony internetowe, gdzie ludzie porozumiewają się na płaszczyźnie wspólnych zainteresowań. I nie mówię o randkach w ciemno. Znam taki przypadek, kiedy dziewczyna była zaręczona i miała już wychodzić za mąż. On informatyk, ona tłumaczka złamująca się literaturą. Byli już po studiach, a ich związek trwał od liceum. Rodziny znały się dobrze i były przygotowane do ceremonii. Jednak ta kobieta nie była w tym związku szczęśliwa. Określam to mianem trwałej prowizorki – mamy kogoś niby na stałe, ale tak naprawdę tylko na przeczekanie.I ona zaczęła korespondować z jakimś młodym człowiekiem. Zrezygnowała ze ślubu na tydzień przed wyznaczonym terminem. Spotkała się z internetowym przyjacielem i wyszła za niego za mąż. Tylko to nie była w ich przypadku randka w ciemno ale coś głębszego.

Wiem, że bardzo bała się pójść na pierwsze spotkanie, bo nie wiedziała, jak będzie on wyglądał, ale się miło rozczarowała. Są ze sobą już czwarty rok. Ona redagowała Gdyby zamilkły kobiety. Jest to studium związku polegającego na tym, że kobieta mówi do mężczyzny i wyciąga od niego informacje, utrzymany w stylu bardziej eseistycznym. Analizuję tam Szczęśliwe dni Becketta - ona ciągle mówi, on czyta gazetę. I czytając moją książkę znalazła w niej uzasadnienie, że powinna coś zmienić w swoim związku. Ale nie dało się, bo był zamknięty, nieobecny, nie było mowy o żadnej rozmowie czy dyskusji.

Co by się stało gdyby zamilkły kobiety?

Gdyby zamilkły kobiety skończyłby się świat. Od tego się wszystko zaczyna. Trzeba mówić nawet do dziecka od samego momentu narodzin pomimo, iż wydaje nam się, że nie rozumie. Dotarłam do badań przeprowadzonych przez Brytyjczyków. Badali dzieci od wieku żłobkowego do momentu pójścia na studia, z rodzin inteligenckich, w których czyta się książki i z takich, gdzie zwyczaj czytania nie istnieje. Te którym czytano lepiej radziły sobie w życiu. To mnie zdumiało, ale utwierdzało w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, że cztery pierwsze lata życia mojego syna spędziłam z nim w domu. Moja mama bardzo chciała pomóc, ale ja nie miałam zamiaru pracować na etacie. Było trudno. A materialnie wręcz kiepsko. Wychowywałam go i myślę, że pod względem ustawienia życiowego – i nie mówię tu wcale tylko o względach materialnych – jest dobrze. Jest po biologii, zrobił doktorat. Bo się do niego mówiło.


Treść pochodzi z:

Tagi: rozmowa, krystyna kofta, pisarka

Skomentuj

      lub    Zaloguj się / Zarejestruj się
Podaj czwarty znak kodu kS2uk

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.