Wywiady i reportaże Agnieszka Maciąg nie ufa szpitalom, dlatego córkę urodziła w domu pod okiem położnej. "Mężczyźni mów...

Agnieszka Maciąg nie ufa szpitalom, dlatego córkę urodziła w domu pod okiem położnej. "Mężczyźni mówią nam, jak mamy rodzić. To nieporozumienie. Jakby słoń uczył ptaka latać" - mówi modelka

Macierzyństwo dało mi dużo siły i pozwoliła na nowo odkryć moją kobiecość - wyznaje Agnieszka Maciąg. [fot: z archiwum prywatnego Agnieszki Maciąg]

- Najbardziej niebezpiecznym miejscem, w którym może odbyć się poród, jest szpital - przekonuje Agnieszka Maciąg. Ostatnio znana modelka została twarzą kampanii "Po prostu położna". Dlaczego zdecydowała się na taki krok? Bo tylko 3 procent kobiet korzysta z pomocy położnej podczas porodu. - Dziecko w łonie matki czuje się bezpieczne, przebywa w ciszy i cieple. Kiedy się rodzi, nagle wpada w hałaśliwy, zimny świat. Jest przewracane w obcych rękach, przekładane i mierzone. Nie musi tak być. Położna może chronić matkę i dziecko - mówi w rozmowie z iWoman.pl Agnieszka Maciąg.

iWoman.pl: Pierwsze dziecko, syna urodziła Pani 21 lat temu, córeczka przyszła na świat w ubiegłym roku. Niezły czasowy przekrój, dwa różne życiowe doświadczenia.

Agnieszka Maciąg: To prawda. Jeśli chodzi o pierwszy poród to z pewnością nie są to wspomnienia miłe, do których chętnie powracam. Mój poród się opóźniał, dlatego trafiłam na patologię ciąży. Leżałam w jednej sali z kobietami, które miały problemy, straciły dziecko i przeżywały najtrudniejszy czas w swoim życiu. Zresztą do tej pory w wielu szpitalach tak się dzieje. Byłam sama, bo o porodach rodzinnych nikt wtedy nie słyszał. Od momentu, kiedy pojawił się pierwszy skurcz, kazano mi leżeć na plecach i o zmianie pozycji nie było mowy. Po porodzie dziecko zostało zabrane i leżało na innej sali. Przywozili mi synka tylko na karmienie. Kiedy powiedziałam, że chcę mieć go przy sobie, usłyszałam, że teraz muszę odpoczywać. Tylko że ta rozłąka z dzieckiem to nie był żaden relaks, a tortura. To były straszne czasy. Dziś jest oczywiście lepiej, ale nadal trzeba wiele zrobić, by kobiety rodziły po ludzku. Moim zdaniem położne są kluczem do poprawy tej sytuacji.

Agnieszka Maciąg Ma 44 lata. Modelka, aktorka, prezenterka. Była jedną z pierwszych polskich modelek, które zrobiły międzynarodową karierę. Występowała na największych światowych pokazach, m.in. u Karla Lagerfelda, Pierre'a Cardina i Claude'a Montany. W 1996 roku zakończyła karierę modelki. Prowadziła wiele programów telewizyjnych, m.in. "7 pokus", "Metamorfozy Fashion Cafe" czy "Supermodelki", współprowadziła także program "Mała czarna". Na swoim koncie ma także płytę "Marakesz 5:30". Jest autorką tomiku "Zielone pantofle" i dwóch bestsellerowych poradników o zdrowym stylu życia "Smak życia" i "Smak szczęścia". Prywatnie jest żoną fotografa Roberta Wolańskiego, mamą 22-letniego Michała i 19 miesięcznej Helenki. To prawda, ale droga do tego daleka, bo położna w szpitalu jest traktowana jak personel niższego szczebla. Najważniejszy jest lekarz.


Nie mam nic przeciwko lekarzom. Ale nie każda ciąża to zagrożenie życia. Normalna ciąża to sprawa fizjologii, a nie przypadek medyczny, a to tego wszystkie porody zostały teraz sprowadzone. To nieporozumienie. W naszym świecie specjalistami od rodzenia stali się mężczyźni. To tak jakby słoń uczył ptaki jak należy latać. Nikt nie wie lepiej niż kobieta jak należy rodzić. Tymczasem rola położnych jest zepchnięta na dalszy plan. Nie szanuje się ich wiedzy, mądrości, kompetencji, kobiecej intuicji. Nas, kobiet, nie trzeba nawet specjalnie uczyć tego, jak należy rodzić. My to wiemy, bo w taki dar wyposażyła nas przecież natura. Nie pamiętamy już o tym. Przez ostatnie dziesiątki lat odebrano nam wiarę w kobiecą siłę. Położna jest specjalistką od narodzin. Jest doskonale wykształconym personelem medycznym, z całym szeregiem kompetencji i praw. I to wszystko trzeba uświadomić dziewczynom w ciąży. Poród to szok dla tak maleńkiej, bezbronnej i delikatnej istoty jaką jest dziecko. Położna powinna chronić matkę i dziecko, dawać poczucie bezpieczeństwa, dbać o ich najwyższe dobro. Dziecko w łonie matki czuje się bezpieczne, przebywa w ciszy i cieple. Kiedy się rodzi, nagle wpada w hałaśliwy, zimny, przeraźliwie jasny świat. Jest przewracane w obcych rękach, przekładane, mierzone, ważone, traktowane przedmiotowo. Nie musi tak być. To my, ludzie, postawiliśmy sprawy porodu do góry nogami, i tylko my możemy przywrócić mu należny szacunek, ciepło, troskę i normalność.

Rzecz rozbija się nie tylko o samą świadomość. Dwa lata temu ministerstwo zdrowia po raz pierwszy opracowało zasady opieki okołoporodowej. Rok temu pracownicy Fundacji Rodzić po Ludzku sprawdzili, jak te standardy są w szpitalach przestrzegane. Wyniki tej ankiety są zatrważające. Większość procedur jest kompletnie ignorowana. Nadal kobiety rodzą w pozycji na plecach, dzieci są im po porodzie odbierane, o znieczuleniu nawet nie wspominam. Kobiety może i mają świadomość, że rodzenie po ludzku to ich prawo, ale biją głową w mur, bo w szpitalach nic się nie zmienia.

Dlatego musimy działać, my kobiety, bo nikt za nas tego nie zrobi. Trzeba walczyć o siebie i dziecko. Musimy upominać się o nasze prawa. Wiem, co mówię, bo tak jak Pani zauważyła, mam dwa skrajne różne doświadczenia. Po 20 latach, gdy ponownie zaszłam w ciążę, myślałam, że wiele się zmieniło. Okazało się, że mamy wiele praw, ale z ich respektowaniem w praktyce nadal sytuacja wygląda bardzo źle. Podczas moich osobistych spotkań w ramach kampanii Po prostu położna (www.siostraania.pl) spotkałam wiele położnych, które chcą działać mądrze, korzystać ze swojej wiedzy, ale szpitalne procedury wiążą im ręce. Spotkałam też wiele młodych mam, które ze łzami w oczach opowiadały mi o swoich traumatycznych przeżyciach z porodów w szpitalach.

Dlatego Helenkę urodziła Pani w domu. Odważna decyzja.

To prawda, ale musiałam do niej dojrzeć, przejść długą drogę, wiele się nauczyć i zebrać rzetelną wiedzę. Nie jestem przecież oderwana od naszej, polskiej rzeczywistości. Żyję w tym społeczeństwie i jestem jego częścią. Ja również przesiąkam prasowymi doniesieniami i stereotypami.

No właśnie, w Polsce nastawienie do porodów w domu jest bardzo sceptyczne. O kobietach, które decydują się na taki krok, mówi się, że są nawiedzone. Nie bała się Pani? A gdyby poszło coś nie tak?

Analizowałam naukowe wyniki badań prowadzone na świecie. Zapoznałam się też ze statystykami polskimi i dowiedziałam się ponad wszelką wątpliwość, że najbardziej niebezpiecznym miejscem do porodu jest niestety szpital. To właśnie poprzez niewłaściwe praktyki stosowane w wielu szpitalach powstaje zagrożenie życia i zdrowa matki i dziecka. W większości przypadków jeśli nikt nie przeszkadza w normalnym, fizjologicznym porodzie, wszystko przebiega bez zastrzeżeń. Zupełnie inaczej jest, jeśli rodzącą kobietę stresuje się, ponagla, odbiera się jej prywatność, intymność, spokój, nie wspomnę już o poczuciu własnej godności. Kiedy mówi się jej w jakiej pozycji ma rodzić, gdy podczas porodu nie może jeść i pić. Poród to przecież ogromny wysiłek dla organizmu! Czy każe się komuś przebiec maraton o pustym żołądku i bez picia? W tak szalonych warunkach trudno jest urodzić normalnie i bez problemów. W zasadzie jest to zupełnie niemożliwe.

ZOBACZ TAKŻE


Dorota Wellman dziwi się Annie Komorowskiej i Małgorzacie Tusk. "Nie wiem, jak można tak mieszkać w pałacach i zajmować się sobą". Ona sama nie cofnie się przed niczym, by pomóc innym
Pani zdaniem poród w domu to najlepsze rozwiązanie?

Ja nie namawiam, by wszystkie kobiety rodziły w domach. Marzy mi się, by kobiety czuły się dobrze i bezpiecznie w szpitalach. Przecież nie każda z nas może rodzić w domu. Trzeba spełnić mnóstwo wymogów, być osobą zupełnie zdrową, mieć wsparcie rodziny, która musi rozumieć taki wybór kobiety i ją wspierać. Jeśli o mnie chodzi, to wszystko było bardzo precyzyjnie przemyślane. Mieliśmy dokładnie opracowany plan na każdy scenariusz. Jestem osobą bardzo odpowiedzialną, nigdy nie zaryzykowałabym życia swojego lub dziecka. Właśnie dlatego rodziłam w domu. Ale gdy słyszę głosy, że poród w domu to powrót do średniowiecza, to odpowiadam, że to dobrze, bo to powrót do normalności. Ja nie neguję roli medycyny i jej postępu, wręcz przeciwnie. Sama korzystałam podczas ciąży ze wszystkich nowoczesnych badań, podobnie było podczas porodu. Połączenie tradycji i nowoczesności to jest klucz do sukcesu. Nie trzeba popadać w skrajności, ale łączyć to, co najlepsze. Dlatego kiedy wszystkie nowoczesne badania wykazały, że ja i dziecko jesteśmy zupełnie zdrowe, postanowiłam urodzić w domu.

Co ostatecznie przekonało Panią do porodu domowego?

Książka pod redakcją Ewy Janiuk pt. Dziecko - aktywny uczestnik porodu. Polecam ją bardzo, bo pomaga zrozumieć, co czuje dziecko, co przeżywa podczas porodu, ale również wiele mówi o kobiecie. Jest tam rzetelna, głęboka, naukowa i psychologiczna wiedza. Poznałam też swoje prawa. A później poszłam z wizytą do szpitala i dowiedziała się, że moje prawa, dobro matki i dziecka oraz szpitalne procedury to dwie różne sprawy. Ponieważ 21 lat temu, tak jak wszystkie Polski nie miałam wyboru jak urodzę, a teraz go mam, skorzystałam z tego przywileju. Postanowiłam chronić siebie i dziecko. Marzyłam o tym, by ten poród był tym, czym powinien być. Pięknym aktem narodzin. Dobrym i bezpiecznym. Chciałam być otoczona spokojem i miłością, a jednocześnie mieć wsparcie w postaci doświadczonej położnej.

Udało się to? Wszystko poszło zgodnie z planem?

Najpierw musiałam wykonać mnóstwo badań. Odbyć wiele spotkań z Ewą. Myślałam sobie – po co, przecież wszystko już wiem. A okazało się, że dowiedziałam się jeszcze więcej i było to ważne. Podczas porodu Ewa była przez cały czas ze mną. Słuchała rytmu bicia serca dziecka, wszystko kontrolowała i sprawdzała. Czuwała nade mną i dzieckiem. Podczas całego porodu swobodnie się poruszałam, jadłam, piłam, a dwa razy nawet się zdrzemnęłam. Musiałam nabrać sił, a Ewa tego pilnowała. Sama zachęcała mnie do jedzenia. W szpitalu takie rzeczy są nie do pomyślenia. Nie potrzebowałam żadnego chemicznego znieczulenia, bo moja położna dokładnie wiedziała, jak mi pomóc, jak uśmierzyć ból, gdzie mnie dotknąć, gdzie masować. To naprawdę działa! Czułam się bardzo bezpieczna, otoczona nie tylko kompetentną, ale również czułą opieką. Wszystko odbywało się w swoim własnym tempie, bez pośpiechu. To był mój czas, słuchałam swojego ciała, mogłam skoncentrować się na sobie i dziecku. Gdy Helenka przyszła na świat przez cały czas leżała przy mnie, blisko mamy. Była spokojna i bezpieczna. Razem z mężem cieszyliśmy się tą niezwykłą, magiczną chwilą. Często wracamy do niej wspomnieniami. To nas bardzo zbliżyło, jeszcze bardziej.

Na drugiej stronie przeczytaj o tym, jak macierzyństwo zmieniło Agnieszkę Maciąg

Tagi:

dieta,

ciąża,

narodziny,

zdrowe odżywianie,

agnieszka maciąg,

poród w domu

Komentarze

  • 16.12.13, 10:33:16

    ~paw55 napisał(a):
    I końcówki bananów trzeba obcinać, nie poddawać się badaniu mammograficznemi i nie chodzić do lekarza.... brawo.
  • Chyża Dziewucha

    16.12.13, 14:14:48

    Chyża Dziewucha napisał(a):
    No i trzeba sie zgodzić z tą Panią!! Można poczytać dlaczego wybrano takie a nie inne sposoby odbierania porodu!! Naprawdę daje do myślenia i to jeszcze jak!!
  • 23.01.14, 20:18:20

    ~kari30 napisał(a):
    wow, naprawde podziwiam takie podejscie, ja bym sie bala, ja huham i dmucham na siebie i malenstwo, biore d-vitum forte na odpornosc , a porodu w domu sobie nie wyobrazam