Wywiady i reportaże Alpinistka Agnieszka Bielecka w stałej pracy najbardziej lubi moment, kiedy ją rzuca. Potrafi pojech...

Alpinistka Agnieszka Bielecka w stałej pracy najbardziej lubi moment, kiedy ją rzuca. Potrafi pojechać na ośmiotysięcznik wiedząc, że nie wejdzie na szczyt. Bo w górach się nie ściga

Agnieszka Bielecka [fot: Archiwum prywatne]

- Ośmiotysięczniki nie są ani najciekawszymi, ani najładniejszymi górami. Po prostu są najwyższe i dlatego ciągną na nie tłumy - przekonuje alpinistka Agnieszka Bielecka. Latem zdobyła Broad Peak - tę samą górę, na której szczycie w 2013 roku jako pierwszy człowiek zimą stanął jej brat Adam Bielecki. Wyprawa zakończyła się jednak tragicznie, śmiercią Tomasza Kowalskiego i Macieja Berbeki i sprowokowała narodową debatę na temat etyki w himalaizmie. Agnieszka Bielecka, która nieraz broniła mocno atakowanego brata, nie ma wątpliwości: etyka jest jedna i uniwersalna, a środowisko krytyków niczym się nie różni od skłóconych ze sobą alpinistów.

iWoman.pl: Dwa tygodnie temu dwoje Polaków - przewodnik i jego klientka, zginęło podczas komercyjnego trekkingu wokół Annapurny. Kilka miesięcy wcześniej legenda himalaizmu Reinhold Messner udzielił wywiadu, w którym twierdził, że na ośmiotysięczniki nie powinien iść nikt, kto nie potrafi zrobić tego sam, bez tlenu, w stylu alpejskim. Też tak uważasz?

Agnieszka Bielecka: Każdy ma prawo przeżywać życie i góry po swojemu. Jeżeli rozumiesz, że czym innym jest trekking, czym innym wspinanie, a jeszcze czym innym wspinanie zimą, nowymi drogami i nie aspirujesz do czegoś, czego nie robisz, to w czym problem?

Jeden problem jest taki, że Mount Everest zostanie niedługo zadeptany przez tłumy turystów, wciąganych na wierzchołek przez Szerpów podających im tlen.

Czyli co, mamy robić selekcję? Mówić: tobie wolno iść, a tobie nie? Takie stawianie sprawy nie ma sensu. Nie mnie decydować, co komu wolno. Góry zawsze były pewnym obszarem wolności. Dlatego stawianie granic, wymagań jest mi obce. Poza tym i ostatecznie i tak nie masz wpływu na to, co robią inni.

I tu pojawia się druga, bardziej paląca kwestia. Po śmierci Tomka Kowalskiego i Maćka Berbeki na Broad Peaku padło pytanie, czy uczestnicy wyprawy byli do niej dobrze przygotowani. Można też było usłyszeć głosy, że ponieważ zmienił się model finansowania wypraw, zgubiła się gdzieś hierarchia. Młodzi nie słuchają się kierowników, za wszelką cenę prą na szczyt.

To prawda, że czasy się zmieniły. To nie są lata 80. kiedy himalaiści byli oficjalnie zatrudnieni w kopalni, w której nie przepracowali ani dnia i mieli czas i środki by jeździć na wyprawy. Teraz, jeśli się gdzieś jedzie, to kosztem życia zawodowego. I nawet, jeśli są sponsorzy, to w czasie wyjazdu się nie zarabia. Wiadomo więc, że nikt nie jedzie siedzieć w bazie, każdy chce wejść na szczyt. Choć mnie jeden raz zdarzyło się pojechać jako manager bazy z pełną świadomością, że nie pójdę do góry.

ZOBACZ TAKŻE


Rozmawiały z "zielonymi ludzikami" na Krymie, przeżyły czarny czwartek na Majdanie i strzelaninę na lotnisku w Doniecku. Kiedy widzą 20 nieodebranych połączeń od szefa wiedzą, że znów jadą na wojnę
Szczerze mówiąc trochę sobie tego nie wyobrażam. Siedzieć tygodniami, a nawet miesiącami w bazie bez perspektywy zdobycia szczytu.

To bywa męczące, ale jeśli się jedzie od razu z takim nastawieniem, to nie ma potem rozczarowania. Przecież można chcieć pojechać na drugi koniec świata, w miejsce, do którego mało kto dociera, tylko po to, żeby tam być.

A jak jest z tym przygotowaniem? Andrzej Bargiel, zawodowy skialpinista, który zjechał na nartach z Manaslu, argumentuje, że problemem polskich himalaistów jest fakt, że nie są profesjonalnymi sportowcami. A to wpływa na ich wydolność, kondycję i przede wszystkim kluczową w górach szybkość.

To kwestia tego, jak zdefiniujesz sobie sport. Hemingway pisał, że są tylko trzy prawdziwe dyscypliny sportu: alpinizm, wyścigi samochodowe i walki byków. Każdy ma prawo do definiowania sportu i sportowców po swojemu.

Nawet, jeśli ci sportowcy giną na kolejnych wyprawach?

Wszyscy ludzie kiedyś umierają i trzeba się z tym pogodzić. Ważne jest to, jak żyją.

Choć nie wszyscy w wieku dwudziestu, trzydziestu-kilku lat. Twoim zdaniem chłopak, który objechał świat dookoła i ma teraz fantazję wejścia na ośmiotysięcznik powinien to robić?

Raz jeszcze powtórzę: niech każdy sam stawia sobie granice. Jeśli ktoś uważa, że taka wyprawa nie ma sensu, nie musi na nią iść. Oczywiście zachowanie zdrowego rozsądku jest ważne, ale nie ryzykują tylko ci, którzy nic nie robią.

A gdzie leży Twoja granica?

Ja żyję (śmiech).

I dwa razy - na Lhotse i Dhaulagiri - wycofałaś się kilkaset metrów od szczytu.

Staram się kierować rozsądkiem i mniej lub bardziej racjonalną oceną sytuacji. Kiedy z obiektywnych przesłanek wynika mi, że mogę więcej stracić niż zyskać, to po prostu czegoś nie robię. Na Lhotse być może dałabym radę wejść na szczyt, ale wszystkie okoliczności wskazywały na to, że zejdę już bez palców u rąk i nóg.

Żadna góra nie jest warta palca – to słowa Twojego brata.

Dla mnie nie jest. Mam motywację i ambicję, ale kiedy trzeba, odpuszczam. To trudny moment. Jesteś najzwyczajniej w świecie wkurwiona. I kalkulujesz. Jest godzina 23, palcami już nie mogę ruszać. Do świtu pozostało 9 godzin, ogrzewaczy starczy na 6, a będzie coraz zimniej. Analizujesz sytuację, myślisz, co się może wydarzyć i czy chcesz do tego dopuścić. Czasami czujesz bezsilność, bo mimo najszczerszych chęci nie jesteś w stanie nic zrobić.

W lipcu wróciłaś z wyprawy na Broad Peak. Udanej, zdobyłaś szczyt. Nie wisiał nad wami trochę duch tej zimowej tragedii?

Każda wyprawa to nowa historia i nowe wyzwanie. Podchodzi się do tego zadaniowo. Choć oczywiście nie da się zupełnie odciąć od tamtych wydarzeń. Adam opowiadał mi, jak jest na górze, na co warto zwrócić uwagę. Korzystaliśmy ze zdjęć chłopaków z poprzedniej wyprawy. Niedaleko od nas, bo w bazie pod K2 był Artur Małek, uczestnik tamtych wydarzeń. Był też z nami Karim Hayyat, obecny na zimowej wyprawie. Jego celem było między innymi pochowanie Tomka Kowalskiego. Ze względu na warunki nie było to możliwe, ale zawinął ciało w płachtę i odsunął je od głównego szlaku. W końcu w bazie pod Broad Peakiem krążyła książka Jacka Hugo-Badera Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak. Rozmawialiśmy o niej.

Jednak to, co się wydarzyło, nie zmienia faktu, że jesteśmy tu i teraz, mamy cel i staramy się go zrealizować. Retrospekcja jest dobra, jeśli nie szuka się winnych tylko stara się zrozumieć, gdzie został popełniony błąd i jak go nie powtórzyć.

ZOBACZ TAKŻE


Warsaw Sirens to pierwsza kobieca drużyna futbolu amerykańskiego w Polsce. Ten sport jest jak szachy - przekonują zawodniczki. Nie wymaga wielkich mięśni, tylko przemyślanej strategii i bystrej głowy
Byłaś na tej wyprawie jedyną kobietą. Jak odnajdujesz się w męskim towarzystwie? W oparach testosteronu, atmosferze prężenia muskułów, rywalizacji - jednym słowem w klimacie męskiej szatni?

Trenowałam się w tym od dawna. W okresie późnego liceum byłam kapitanem na rejsach po Bałtyku z całkowicie męską załogą. Byłam jedyną kobietą i oczywiście najmłodszą. Musiałam ich sobie ustawić. Wszystko ostatecznie i tak sprowadza się do tego, z kim jedziesz, jacy to ludzie.

Oczywiście na wyprawach jest stroszenie piórek, rozwijanie pawich ogonów, są tarcia, bo jest masa indywidualności, ludzi o silnej osobowości. To jednak kwestia dojrzałości, umiejętności zapanowania nad emocjami i skupienia się na celu. Ja nadal podaję rękę wszystkim uczestnikom wypraw, na których byłam.

A ja odnoszę wrażenie, że środowisko alpinistyczne urządza sobie małe piekiełko.

Pewnie, ale osoby, które to robią, nie jeżdżą ze sobą na wyprawy. Poza tym ja z kolegami z mojego pokolenia w większości nie mam problemów. Odnoszę czasem wrażenie, że istnieje przepaść pokoleniowa. I mam świadomość, że Wandzie Rutkiewicz, Krysi Palmowskiej i innym kobietom z ich pokolenia było dużo trudniej. Ludzie inaczej wtedy myśleli. Ładnie o tym opowiada Arlene Blum.

Czasy się zmieniły, ale kobiet w alpinizmie nadal jest mało. Ciągle panuje model, w którym na facetów czeka stęskniona żona, która go opierze, ugotuje i odchowa dzieci, a kobiety muszą wybierać.

Nigdy nie myślałam w takich kategoriach. Nie mam poczucia, że z czegoś rezygnuję, że muszę się poświęcać, że płacę jakąś straszliwą cenę. Zdecydowałam się na takie życie, staram się robić to, co lubię i co sprawia mi frajdę.

Pracujesz jako przewodnik, fotograf, piszesz teksty podróżnicze. Domyślam się, że nie kupisz sobie za to mieszkania, samochodu i podobnych atutów klasy średniej.

Dokładnie, ale to świadomy wybór. Wiem, że robiąc coś innego mogłabym zarobić więcej, ale mam ogromną niechęć do pracy na etacie. Z drugiej strony zaprzężenie w regularność, rutynę, daje poczucie bezpieczeństwa, także finansowego. Freelancing wy maga pewnej zapobiegliwości, nie mogę doprowadzić do sytuacji, w której na koniec miesiąca nie mam nic na koncie.

No to pozwól, że Cię zacytuję. W piątek skończył się mój wynajem mieszkania, 17 kwietnia skończył się mój staż. Skończyłam dzisiaj 30 lat. Nie mam mieszkania, nie mam pracy, nie mam kasy JADĘ W GÓRY.

Byłam wtedy na rocznym stażu w Indiach. Pracowałam i zbierałam materiały do magisterki. Kiedy skończyła mi się wiza, najłatwiej było ją przedłużyć wyjeżdżając do Nepalu i ubiegając się potem o wizę tranzytową. Mój staż się skończył, nie opłacało mi się już wynajmować mieszkania i miałam jakieś drobne odłożone z indyjskiej pensji. Stwierdziłam, że jak już jadę do Nepalu, to pójdę w góry.

To było bardziej przerażające czy wyzwalające uczucie?

W moim przypadku wyzwalające. Mam głęboką niechęć do pracy w pełnym wymiarze godzin i ilekroć mi się to zdarzyło, najlepszym momentem był właśnie ten, gdy rzucałam pracę. Nareszcie wolna! Kiedy biorę zlecenia to pracuję przez tydzień, dwa, trzy i nawet, jeśli zasuwam wtedy od rana do nocy, to wiem, że to nie jest na zawsze. Że to się skończy, wrócę do domu i przez chwilę nic nie będę musiała, będę tylko dla siebie.

Na drugiej stronie przeczytasz o tym, jak alpiniści zareagowali na kontrowersyjną książkę Jacka Hugo-Badera o wyprawie na Broad Peak

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.