Wywiady i reportaże Brave Kids przyjechały ze slusmów Indonezji, rybackiej wioski w Ghanie i indyjskiej "Kolonii Marione...
2014-07-15 06:05:00

Brave Kids przyjechały ze slusmów Indonezji, rybackiej wioski w Ghanie i indyjskiej "Kolonii Marionetek". Grają na bębnach, żonglują i tańczą, by potem pogadać na Facebooku i pojeździć na rolkach

1/3
Grupa z Indonezji to mali kuglarze. Potrafią żonglowac nawet ustawieni w ludzką piramidę
fot: Archiwum prywatne
Następne

Największym zaskoczeniem dla Lany i Rizala był wrocławski ruch uliczny. Uporządkowany, z sygnalizacją świetlną i tramwajami, które nie dość, że są w tym samym kolorze, to jeszcze mają automatycznie otwierane drzwi. Patrzyli jak zahipnotyzowani. Największym zaskoczeniem dla polskich dzieciaków był fakt, że mali żonglerzy z Indonezji są tak żywiołowi i radośni. Choć wyrośli w biedzie, a ich największym marzeniem jest praca w cyrku, nie mają kompleksów w stosunku do bogatych rówieśników z Europy.

Cała rodzina Lucyny Leśniak przypatruje się zafascynowana, kiedy małe, dziecięce rączki wskazują na Google Maps miejsce, z którego pochodzą. Ulica, przy której mieszkają Rizal i Lana, okazuje się biec przez sam środek slumsu w Dżakarcie. Rodzice chłopców trudnią się zbieraniem plastikowych butelek, a oni sami chodzą do szkoły głównie dzięki pieniądzom darczyńców. Są utalentowanymi kuglarzami, do Polski przyjechali w ramach programu Brave Kids, na trzytygodniowe warsztaty.

Festiwal łączy dziecięce grupy artystyczne z regionów dotkniętych biedą, konfliktami zbrojnymi i społecznymi, z tymi z wysoko rozwiniętych państw. Sztuka ma im pomóc w zrozumieniu innych kultur, ale także dać szansę na poprawę losu. W trakcie trwania programu mali artyści z krajów takich jak Indonezja, Ghana, Bośnia i Hercegowina czy Jakucja mieszkają u polskich wolontariuszy. Na dwa lub trzy tygodnie - w zależności od długości pobytu - stają się członkami ich rodzin.

- Biorąc udział w projekcie chciałam oddać tę gościnność, życzliwość i troskę, z jakimi spotkałam się podczas podróży po Azji i Afryce - tłumaczy Lucyna Leśniak, z zawodu trener biznesu. Rodziny mogły zdecydować, jakiej płci i w jakim wieku będą ich goście. Jej zależało przede wszystkim na tym, by podopieczni pochodzili właśnie z Indonezji, po której podróżowała, albo z Ghany lub Ugandy, bo nadal miała w pamięci wyprawę do Etiopii. Za swoją pracę, podobnie jak reszta wolontariuszy, nie pobierała żadnego wynagrodzenia.


Rizal i Lana wypisują swoje ulubione dania
fot. Archiwum prywatne
Przed przyjazdem chłopców dostała link do filmiku na YouTubie, na którym dzieci się przedstawiają, oraz garść cennych rad od organizatorów. Między innymi taką, by zawsze mieć na podorędziu... Nutellę.

Jednak 14-letni Maulana i 12-letni Rizal poproszeni o napisanie, co im najbardziej smakuje, najchętniej wymieniali ryż i kurczaka. A pierwsze miejsce na powieszonej w kuchni liście bezapelacyjnie należało się przyprawie chili, którą chłopcy są w stanie jeść w każdej ilości i w dowolnej formie.

Większość dnia dzieciaków wypełniały warsztaty artystyczne. Trwały od 9 do 17, tak, by ich opiekunowie mieli możliwość prowadzenia normalnego życia zawodowego. Wszystkie grupy przyjechały ze swoimi liderami, za dzieci z Indonezji odpowiadał Dedi. To on zgodził się, by Maulana i Rizal po raz pierwszy w życiu spróbowali żonglerki płonącymi pochodniami, którą zobaczyli u polskich artystów. Chłopcy budują też ludzkie piramidy i w takich formacjach popisują się swoimi umiejętnościami. Potrafią żonglować praktycznie wszystkim. - Miałam wrażenie, że nawet moje szklanki będą za chwilę latać w powietrzu - śmieje się Lucyna Leśniak.

Pomimo nietypowych talentów i egzotycznego pochodzenia, Rizal i Lana byli jak każdy inny domownik. - Tak samo, jak moją Lidię, ciężko było ich dobudzić rano, a wieczorem trzeba było gonić do mycia zębów - śmieje się kobieta. Kiedy chłopcy widzieli, jak Lidia sprząta, chwytali za odkurzacz. Kiedy Lucyna szła z nimi na zakupy, nie pozwalali jej samej nieść nawet lekkich toreb, ani tym bardziej  zgrzewki z wodą. Rwali się nawet do koszenia trawnika. Jednak pomimo całej swojej chęci pomocy, nadal mają w sobie dużo z dziecka. Największą frajdę sprawiały im skoki na ustawionej w ogrodzie trampolinie. Strzałem w dziesiątkę okazała się też wycieczka do aquaparku i gokarty.


Finałowy występ Brave Kids
fot. Mateusz Bral/Brave Festiwal

- Zgadzam się, że chłopcom wychowanym w slumsach potrzeba wielu bardzo podstawowych rzeczy,  pomocy finansowej, edukacji, ale myślę, że nawet pieniądze nie zbudowałyby ich poczucia wartości - odpowiada Lucyna Leśniak na pytanie o sens takiej formy pomocy. - Poświęcenie im czasu i uwagi sprawia, że dzieci czują się ważne i spełnione. Udział w edukacyjnym programie artystycznym, opartym na praktycznej nauce, buduje w nich poczucie sensu i radości z tego,  co robią - przekonuje. Warunki, w jakich żyją chłopcy, a które my postrzegamy jako skrajną biedę, nie są dla nich tak dotkliwe.

Rizal i Lana rozumieją trochę po angielsku, reszta komunikacji z polską rodziną opierała się na mowie ciała, gestach i mimice twarzy. W podbramkowych sytuacjach z pomocą przychodził internetowy translator. Po kilku dniach pobytu we Wrocławiu chłopcy chcieli coś Lucynie wytłumaczyć. Siedli więc do komputera, a internetowy program wygenerował nieskładną, ale bardzo emocjonalną treść.  Kocham swoją rodzinę i kocham waszą rodzinę. Chciałbym się przytulić do was dla zrobienia wspólnego zdjęcia, dla przywołania wspomnień - to zdanie Lucyna zapisała sobie w komórce i często do niego wraca.

Na drugiej stronie czytaj o bębniarzach z Ghany

Anna Anagnostopulu
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.