Wywiady i reportaże Danuta Hołowczyc, Anna Paszke i Janusz Onyszkiewicz opowiadają o trosce o najbliższych. Strach, bezr...

Danuta Hołowczyc, Anna Paszke i Janusz Onyszkiewicz opowiadają o trosce o najbliższych. Strach, bezradność, osamotnienie czują nie tylko rodziny himalaistów

Olga Morawska straciła męża cztery lata temu. Zginął w górach [fot: Mieszko Stanisławski/Reporter]

Na wysokości ośmiu tysięcy metrów można znaleźć pustkę. Taką kompletną. Taką, której nie sposób odnaleźć w żadnym innym miejscu na świecie. To ona uwodzi himalaistów, ciągnie jak magnes, a czasem pochłania na zawsze. Kiedy do tego dojdzie, w ciepłym i pełnym życia domu dzwoni telefon. Ktoś podnosi słuchawkę bez większej obawy, no bo cóż w tym dzwonku niezwykłego...

Ci, którzy czekają w domu na himalaistów, powtarzają, że jest im gorzej niż wspinaczom. Bo bezczynnie czekają, bo nie walczą z pogodą, lawiną, sprzętem, lodem, wysokością. Mogą tylko siedzieć i zaciskać kciuki czasem tak bezwiednie, że dopiero paznokcie wbite w skórę przypominają o zaciśniętych dłoniach.

To pewnie dlatego brat Macieja Berbeki - który razem z Tomaszem Kowalskim zginął w zeszłym tygodniu w trakcie zejścia z Broad Peak - planuje już wyprawę po ciało brata. W lipcu tego roku chce wejść na górę i odnaleźć szczątki obydwu wspinaczy. Musi coś robić, jakoś sobie z tym bólem radzić, a najlepiej przecież walczyć z takimi emocjami w działaniu. On i jego rodzina już zresztą mają swój Broad Peak. Trzeba przecież pozamykać konta Tomka, zlikwidować rachunki, przepisać kredyty, zaspokoić potrzeby urzędów toną formularzy, wypełnić obowiązki wobec prawa, gdy kolana gną się za każdym razem, kiedy trzeba wstać z łóżka.

To się naprawdę stało, to się naprawdę stało...

Rodzina Kowalskich już zgłosiła się do fundacji Nagle sami. Założyła ją Olga Morawska, która doskonale wie, jak to jest żyć z człowiekiem, który oddał się wielkiej i niebezpiecznej pasji. Żoną utalentowanego himalaisty Piotra Morawskiego była przez osiem lat. Teraz pomaga tym, którzy podobnie jak ona, nie byli przygotowani na tak wielką stratę. O sobie mówi za młoda wdowa. Jej pierwsze życie zakończyło się 8 kwietnia 2009 roku w Nepalu. Tam zginął jej mąż, gdy zawalił się pod nim śnieżny most. Wyjazd miał być tylko przygotowaniem, rozgrzewką przed następnym, trudniejszym. Taka tragedia nie miała prawa się zdarzyć. A jednak...

Na tę wiadomość nie da się przygotować. To już pisał Kochanowski w "Trenach" – mówi Morawska. – Nie sposób oswoić się z myślą o śmierci bliskiej osoby nawet jeśli ma ona wielka i niebezpieczną pasję. Kto zdrowy psychicznie wyobraża sobie dzień, gdy odejdzie mąż albo żona? – pyta.

Mąż zostawił ją z dwójką dzieci: 3,5-letnim Ignasiem i 2-letnim Guciem. Z pierwszych dni po jego śmierci pamięta tylko to, że też chciała umrzeć i to, że nikt nie potrafił jej pomóc. Po dwóch tygodniach pojechała do Nepalu, żeby pożegnać Piotrka i żeby przekonać samą siebie, że to naprawdę się stało, że mąż nie wróci. Przekonać się do tego nie było łatwo, bo przez osiem lat małżeństwa wierzyła, że Piotrek jest nieśmiertelny.

ZOBACZ WSPOMNIENIE PO PIOTRZE MORAWSKIM

Pochowała go tam, gdzie zginął i wzięła się za bary z życiem, chociaż świat ją wyizolował. Ludzie nie wiedzą, jak traktować wdowę - albo jej unikają albo nie potrafią z nią rozmawiać. Nie zapraszają na przyjęcia, przesadzają z litością i współczuciem, a gdy chce żyć, to potępiają. Kiedy udzieliła jednego z pierwszych wywiadów, to na forum pod wyświetlonym materiałem znalazła komentarz: nie za krótka ta spódnica jak na wdowę?.

Pół roku później po raz drugi pojechała do Nepalu, by przejść trasę, którą szedł Piotr. Niosła ze sobą jego dziennik i czytała wspomnienia. – Zawsze marzyłam, żeby tam pojechać, ale nie po to, by zbudować grób męża. Po tej wyprawie spojrzałam jednak na wszystko z innej perspektywy i stanęłam na nogi – opowiada.

Nabrała siły i nawet zwolnienie z pracy jej nie załamało. Założyła fundację, pisze książki i przewodniki, wydaje wspomnienia męża, w jedną publikacje złożyła wywiady z rodzinami słynnych polskich himalaistów. I co najważniejsze po dwóch latach nauczyła się żyć tak, jakby Piotr był z nią, jakby jej towarzyszył. Bo to zbawienne przekonanie, że mąż nie cały umarł, że jego część żyje w nas, też trzeba wypracować. Dziś, po czterech latach od tragedii, wspomina spokojnie, głos w ogóle się nie załamuje. Nawet gdy poprosić ją, by przypomniała sobie te pierwsze emocje. Mówi wtedy, że tuż po śmierci męża poczuła, że już się nie boi. Nie była to ulga, nie odzyskała wolności. Strach zamienił się w rozpacz, ale dopiero wtedy poczuła, że trzymał ją za gardło, skręcał wnętrzności przez całe osiem lat, w każdym dniu, w którym Piotr był poza domem.

- To nie były fale emocji, przypływy paniki, to był nieustanny lęk, który już przestałam zauważać. To tak jak z cukrem na stole. Jeśli jest, to nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, ale jak go zabraknie, to wszyscy dostrzegą – tłumaczy Morawska. Ten brak, ta strata, jakby się z nią nie oswoić, zostaje z człowiekiem już na zawsze.

Jedynym pocieszeniem jest honor i drugi człowiek

Okrucieństwa gór doświadczyło już wiele osób. Jednym z najbardziej doświadczonych w ten sposób ludzi jest Janusz Onyszkiewicz. To nie tylko polityk, opozycjonista, ale też prezes Polskiego Związku Alpinizmu, który w górach stracił dwie żony. Pierwsza z nich zginęła w 1967 roku, gdy penetrowała jaskinię Cinckił w Gruzji. Załamała się wtedy pogoda i deszcz zalał jaskinię. Drugiej z nich w 1978 roku nie udał się atak szczytowy na ośmiotysięcznik Annapurna.

- Z jedną i drugą żoną poznaliśmy się w górach, od początku znajomości wiedzieliśmy więc, jakie ryzyko podejmujemy – opowiada prezes Onyszkiewicz. – Znajomość zagrożeń, świadomość ryzyka niczego jednak nie zmieniła. Jak każdy zdrowy człowiek nie myślałem o śmierci małżonek. Nawet po tym, gdy zginęła pierwsza, nie bałem się o drugą. Co więcej, byłem nawet spokojniejszy. To przecież tak jak z zasadą, że na froncie najbezpieczniej jest w leju po bombie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że pocisk trafi w to samo miejsce dwa razy?

Górom już wybaczył, chociaż od tamtego czasu jego przygoda z tymi najwyższymi szczytami zakończyła się. Czy przez te tragedie? Sam nie wie. Porzuceniu wspinaczki sprzyjały jednak okoliczności. Od 79. roku zaangażował się w działalność opozycyjną, na której zeszły mu kolejne lata. Strach przed górami wrócił do niego jeszcze tylko raz. Było to wtedy, gdy przyszedł do niego syn i oznajmił, że będzie się wspinał. Nie mógł zabronić. Na szczęście, pasja nie pochłonęła syna zupełnie. Chodził w góry dwa trzy lata, a potem zajął się innymi rzeczami.

ZOBACZ TAKŻE


Nie chcą podziwu, poklepywania po ramieniu ani badawczych spojrzeń. Są tacy sami jak wszyscy. Oto trzy historie rodziców i prawda, nie tylko o adopcyjnych rodzinach
To była ulga. Gdy pojawiają się dzieci, jest trudniej. Trudniej zaakceptować, że i one zechcą się wspinać no i trudniej samemu zdobywać szczyty. Rozsądek staje w poprzek drogi i każdy krok stawia się spokojniej. – Zarówno z pierwszą jak i drugą żoną nie miałem dzieci, więc pasja pochłaniała nas bez reszty – opowiada prezes Onyszkiewicz.

Jak można pocieszyć się po śmierci najbliższej osoby w górach? Prezes związku alpinistów przyznaje, że nie wie. Zastanawia się chwilę i mówi, że jedyne, co przychodzi mu do głowy to kwestia honoru.

- Tak, to honorowe umrzeć w górach, na szczycie. To honorowa śmierć w walce, ale przyznaję szczerze, że nie podzieliłbym się tą refleksją z najbliższymi Berbeki i Kowalskiego – wzdycha ciężko.

Bo pocieszać można tylko w jeden sposób. Trzeba być i oferować pomoc. Nie raz, nie dwa, ale dzień w dzień, tydzień w tydzień, uparcie. Siedzieć z wdową, wdowcem, rozmawiać w miarę normalnie, nie użalać się, próbować sprowadzić myślami do świata. Olga Morawska przekonuje, że trzeba tę osobę wciągać z powrotem do życia.

Pierwszy telefon tylko do żony

Z nią było podobnie. Przez pół roku nie miała siły oglądać telewizji, słuchać radia, ani czytać artykułów o śmierci męża. Znajomi zebrali jej wszystkie materiały w jedną teczkę, a ona ją schowała. Otworzyła tylko po to, by zrobić z tym porządek. Paczka leży i czeka, aż synowie dorosną na tyle, by to wszystko przeczytać, powspominać.

Media nie są też potrzebne tym, którzy czekają na wiadomości o losach najbliższych. Anna Paszke, córka znanego żeglarza Romana Paszke (na zdj.), gdy dzieje się coś złego, wyłącza telewizor, radio i czeka na telefon. Wie, że albo tata zadzwoni albo ktoś z jego ekipy da znać, co się dzieje. Nie tylko w kryzysowych momentach odcina się od tego, co w mediach, ale i na co dzień stawia na regularny, telefoniczny kontakt z ojcem.

- Razem z ojcem budujemy swój własny świat, enklawę. Przez skype'a, przez telefon satelitarny przez e-mail. Nie postrzegam więc tego, co się dzieje przez pryzmat mediów, przez ich doniesienia – tłumaczy Anna Paszke. – To zawsze jest subiektywna ocena, więc nie szukam takich informacji.


Roman Paszke
Andrzej Wrzesinski/East News
O czym rozmawia z ojcem w trakcie tych sesji? Często o codzienność, o tym, co w jej życiu, kogo spotkała, co porabia. Czasem o filozofii, bo ona jest filozofem z wykształcenia, a ojciec siłą rzeczy stał się nim w czasie długich samotnych rejsów. Bywają więc poranki, że ona leży w łóżku, on siedzi na jachcie i stawiają pytania o sens istnienia, bo przecież wiadomo, że odpowiedzi nie ma.

Te rozmowy uspokajają ją głównie dlatego, że ma szanse ocenić stan emocjonalny ojca. A ten jest dla niej najważniejszy. Nie sztorm, nie wzburzone morze, lecz to, na ile ojciec jest gotowy się z tymi przeciwnościami zmierzyć. Anna wierzy, że nikt tak jak tata nie potrafi ocenić zagrożenia i póki widzi w nim siłę potrzebną do trzeźwej oceny, jest spokojna. Jak przyjęła niedawną rezygnację ojca z kolejnej próby opłynięcia Przylądka Horn? Z ulgą, ale dlatego, że wyczuwała jego emocje, wyczerpanie i wiedziała, że to jest słuszna decyzja, że taką powinien był podjąć. Nie zawiódł jej.

- Nigdy nie miałam do ojca pretensji o to, że ryzykuje, że pływa. Zawsze był to dla mnie powód do dumy, wielka ekscytacja, radość. Jak dla każdego dziecka ojciec jest dla mnie niezniszczalnym bohaterem. Gdy byłam całkiem mała wierzyłam w jego autentyczną nieśmiertelność. Dziś buduję takie przekonanie na podstawie siły jego charakteru i odwagi do podążania za głosem rozsądku – wyjaśnia.

Bo dzieci tak właśnie mają. Wie o tym Danuta Hołowczyc. Jej mąż, rajdowiec, dla obu córek jest bohaterem i dziewczyny śledzą jego wyścigi z wypiekami na twarzy. Nie ma w nich zmartwienia. Za te emocje w domu Hołowczyców odpowiedzialna jest pani Danuta. Przyznaje zresztą, że z wiekiem ten stres jest silniejszy. Kobieta śmieje się, że wybujała jej wyobraźnia, która podsuwa koszmarne obrazy. Kiedyś, gdy Krzyś przegrywał, to była wściekła, jeszcze zagrzewała go do walki. Dziś podchodzi już do sprawy zwycięstw znacznie spokojniej.

Z mężem jest umówiona, że gdy dzieje się coś złego, to on najpierw dzwoni do niej. Na tegorocznym Dakarze, gdy samochód spadł z uskoku i uderzył w ziemię, Hołowczyc złamał kilka żeber i uszkodził kręgosłup lędźwiowy. Zaraz wykręcił numer do żony. W głosie słyszała ból i z trudem łapany oddech. Na szybko odpytała go, czy może ruszać placami i już była spokojniejsza.

ZOBACZ WYPADEK HOŁOWCZYCA

- Od 16. roku życia jesteśmy razem. Znam go na tyle dobrze, by po głosie poznać, czy coś poważnego mu dolega – opowiada Danuta Hołowczyc. – Tak naprawdę bałam się o niego raz. Na jednym z rajdów uderzył w drzewo, a ja stałam na mecie. Jeszcze wtedy nie było komórek. Jeden z kierowców podjechał i powiedział tylko, że Holo miał wypadek, że pół samochodu urwało. Nogi się pode mną ugięły. Jak pół!? Które pół!?

Tym bardziej, że nie można mężowi zabronić. No bo jak, skoro jest to jego pasja. To jedno, a druga sprawa, że jakby Hołowczyca przykuć w domu do fotela, to napsułby krwi rodzinie tak, że sama by go do samochodu wsadziła. – Krzysiu jest uzależniony od tej adrenaliny. Gdy kilka dni nie siedzi za kółkiem rajdowego auta albo chociaż nie biega, nie załatwia swoich spraw, to jest nie do zniesienia. Nadmiar energii go roznosi. W sumie jestem więc szczęśliwa, że tak płynnie przeszedł do rajdów terenowych, gdzie jak wiadomo można jeździć do późnej emerytury – śmieje się pani Danuta.

A rajdy terenowe od tych asfaltowych czy szutrowych są znacznie bezpieczniejsze. Żona Hołka cieszy się więc, że mąż nie jeździ już 120 na godzinę mędzy szpalerem drzew, bo wtedy - wiadomo - jeden błąd i po wszystkim. Trochę jak na wojnie.

Jesteśmy egoistami. Tak jest i tak będzie

Na wojnę jeździ major Szczepan Głuszczak z 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej. Gdy wyjechał raz do Afganistanu i raz do Iraku, w domu na około pół roku została jego żona Agnieszka i dwójka dzieci. Dziś Wiktor ma sześć i pół roku, a Natasza dwa i pół. Wygląda na to, że w ślady ojca pójdą oboje, choć większą determinację i uwielbienie dla zawodu ojca wykazuje córka.

- Maluchy raczej czują rozłąkę niż ją rozumieją. Ja natomiast staram się nie myśleć, że mąż jest za granicą, w niebezpiecznym miejscu – opowiada Agnieszka Głuszczak. – Z dziećmi jest zresztą tyle pracy, że nie ma za bardzo kiedy o tym myśleć – śmieje się.

W opowieściach o wyjazdach męża skupia się raczej na jego powrotach. Pierwszy raz witała go na lotnisku, za drugim razem sam przyszedł do domu. I od razu pochłania go codzienność. Dzieciaki nie dają spokoju, ciągle coś chcą, bez przerwy ciągną do zabawy. Gdy więc wieczorem kładzie się do łóżka jest tak zmęczony, że nie ma czasu myśleć o tym co tam, o tym co straszne. Zapominają o stresie, o tych najtrudniejszych minutach, gdy w telewizji mówili, że doszło do tragedii, a major Głuszczak nie zdążył jeszcze odpisać żonie z irackiej albo afgańskiej bazy na sms-a. Tak właśnie się umówili, że gdy coś się dzieje, powinien się z nią jak najszybciej skontaktować. Żeby nie musiała się martwić, żeby nie musiała słuchać tego, co mówią w mediach.

- I to działa. Szczęśliwie zawsze przychodziła wiadomość, że wszystko z nim w porządku, że nie jest ranny, że żyje – mówi Agnieszka Głuszczak i cieszy się, że wojna w Iraku czy Afganistanie nie zmieniła jej męża, jej domu.

ZOBACZ TAKŻE


Zwykły szpital to nie Leśna Góra. Nie ma czasu na kawki i pogaduchy. Tutaj trzeba ratować ludzi. Jednak czy koniecznie za cenę własnego zdrowia?
Inaczej jest w przypadku znanego dziennikarza Wojciecha Jagielskiego. Ten wieloletni korespondent wojenny, który na własne oczy widział wojnę w Afganistanie, Tadżykistanie, Czeczeni, Gruzji, zaraził żonę właśnie swoim napięciem.

Dzisiaj mijają trzy miesiące, odkąd przyjęto mnie do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Tak naprawdę jest to stres mojego męża, ale on zawsze oddawał mi wszystkie swoje kłopoty – pisze Grażyna Jagielska w książce Miłość z kamienia.

Kobieta wyznaje w niej, że od 20 lat przygotowywała się na śmierć męża. On po każdym wyjeździe wracał i opowiadał, co się z nim działo. Miał nadzieję, że to pomoże, że to oswoi żonę, ale nie. Cały ten bagaż w końcu ją przygniótł i trafiła do szpitala. Dziś reporter Jagielski nie chce już o tym rozmawiać. Gdy do niego zadzwonić, to grzecznie odmawia. – Proszę wybaczyć, ale wszystko już opowiedzieliśmy – tłumaczy.

Bo cóż można powiedzieć w takiej sytuacji? Co można powiedzieć ludziom, którzy stracili w górach syna, ojca, brata? Powinni wiedzieć to sami wspinacze. To oni idą na szczyty, by nacieszyć się ich pięknem, by doświadczyć czegoś niezwykłego, zostawiając w domach tych, którzy tylko martwią się i czekają. Czy mają coś na swoje usprawiedliwienie, czy chociaż podpowiedź, jak ukoić ból po stracie? Niestety.

- Nie wiem, co powiedzieć. Poza tym, że lepiej zginąć w górach niż na ulicy pod kołami samochodu – mówi Michał Król, który kolegował się ze Berbeką i Kowalskim. - Chyba tylko tyle. To jest pasja, to ona pcha nas na kolejne szczyty. Jesteśmy w tej namiętności po trosze egoistami, ale tak już jest i tak będzie.

 

Maciej Czujko

2013-03-12 06:10:01

Tagi:

kowalski,

rodziny,

himalaiści,

wdowa,

berbeka,

wspinacze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.