Wywiady i reportaże Gorzka opowieść o niedożywieniu - pladze XXI wieku, która zabija pacjentów nawet w szpitalach. Umier...

Gorzka opowieść o niedożywieniu - pladze XXI wieku, która zabija pacjentów nawet w szpitalach. Umierają z głodu, a na ich szafkach stoją nietknięte śniadania

Gorzka opowieść o niedożywieniu - pladze XXI wieku, która zabija pacjentów nawet w szpitalach. Umierają z głodu, a na ich szafkach stoją nietknięte śniadania [fot: marylooo/iStockphoto]

- Głupie pytania! A co pan robił, gdzie pan był!? Ile razy pan pisał o niedożywieniu!? Ja od lat o tym mówię, ale chudy staruszek to dla dziennikarzy sprawa nieciekawa. Dlatego proszę nie zarzucać lekarzom, że to ich wina, że nie wiedzą. Proszę spojrzeć na siebie! Doktor Anna Zmarzły nie owija w bawełnę, nie słodzi tylko walczy. Nie o rację, nie o honor, nie o zaszczyty, ale o pacjentów. O tych, którzy w Polsce XXI wieku umierają z głodu, choć najczęściej stać ich na wszystkie rarytasy. O 4 miliony osób.

A zaczęło się tak. Jakąś dekadę temu lekarz internista, doktor Anna Zmarzły wróciła z pracy we wrocławskim szpitalu do domu i sięgnęła po gazetę. Chciała się przy niej zrelaksować, odpocząć. Udawało się do momentu, kiedy ku swojemu oburzeniu, strona po stronie, dotarła do wywiadu z profesorem Markiem Pertkiewiczem. Szanowany lekarz z przykrą szczerością twierdził, że lekarze specjalności niezabiegowych nie tylko nie dostrzegają problemu niedożywienia pacjentów, ale z bezczynnością patrzą, jak ludzie umierają w szpitalach z głodu.

Tego było za wiele. Młoda internistka obraziła się na profesora i, że jest krewka, spaliła całą gazetę. Wyznanie starego lekarza uznała za brednie i poszła spać, zapomniawszy o sprawie. Następnego dnia żegnała pacjentkę. Wychudzona 90-latka umarła przy niej. W łóżku leżały zabiedzone zwłoki, a na stoliku szpitalnym stało nietknięte śniadanie. Rodzina przyszła jeszcze po tym podziękować, bo przecież troszczyli się tu o mamę, jak mogli. Wręczyli lekarce kwiaty, uścisnęli dłoń, a na odchodne córka wychudzonej kobiety powiedziała: Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze rok temu mama wyglądała jak pani doktor...

- Wtedy dotarły do mnie słowa profesora Pertkiewicza. Wtedy zdałam sobie sprawę, że mamy problem – wspomina doktor Zmarzły, a sympatyczna twarz atrakcyjnej blondynki w średnim wieku przeszywa boleść.


Sylwia Kostuch i dr Anna Zmarzły, fot. arch.pryw.
Bo kiedy lekarka walczy o życie pacjentów - wszystko jedno czy z chorobą, z losem, z systemem, czy czasem z nimi samymi - to bez kija nie podchodź. Ale jak wspomina tych, których nie udało się uratować, to mówi takim niższym, dziwnym tonem – jakby bolało i jakby tego bólu chciała się szybko pozbyć.

Tak samo odpowiada, gdy zapytać ją, czy nie ma żalu do siebie, że przed tą 90-latką też mogła mieć pacjentów, którzy umarli jej z głodu. Mówi, że już nie, że pogodziła się, że wybrała inną metodę. Postanowiła poradzić sobie z problemem. No i radzi. A jest z czym, bo niedożywieniem może być w Polsce dotkniętych nawet 4 miliony osób. Połowa pacjentów wypisywanych ze szpitali ma jego objawy. W obozach koncentracyjnych odsetek niedożywionych sięgał 70-80 proc. W naszych szpitalach wynosi od 40 do 70 proc.

Poznajcie głodomora

Wśród niedożywionych była też Sylwia Kostuch, która ma dziś 29 lat, 175 centymetrów wzrostu i 57 kilogramów wagi. To w normie, ale ciągle ciut za mało. Ale też i sporo w porównaniu z dniami po operacji, kiedy Sylwię do ważenia mogła wziąć na ręce pielęgniarka. Była cieniem, zjawą, przerażała - ważyła 34 kilogramy.

To był rok 2008. Młoda dziewczyna na studiach zaczęła miewać mocne bóle brzucha, biegunki, wymiotowała. Dostawała ataków, które po jakimś czasie przechodziły, ale każdy pozbawiał ją kilograma. Czasem traciła ciut więcej. I tak coraz częściej, coraz gorzej, ważyła coraz mniej. Gdy pierwszy raz trafiła do szpitala ważyła już około 40 kilogramów. Poleżała na oddziale, dostała parę kroplówek i po tygodniu wysłali ja do domu.

Dla jej mamy to było za mało. Zaczęła szukać pomocy na własną rękę. Trafiła na oddział, gdzie pracowała doktor Zmarzły. Dziewczynę przyjęli do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu i tam ją zoperowali. Okazało się, że to zapalenie jelit, nieuleczalna choroba Leśniowskiego-Crohna.


Sylwia Kostuch ważyła 34 kilogramy, fot. arch.pryw.
Chirurg zrobił co trzeba i dziewczynę udało się wybudzić. To już był sukces, bo przy tej masie ciała szansa na powodzenie była niewielka. Walka jednak dopiero się zaczynała. Trzeba było odżywić chudzinę, a dla pokurczonego jak zresztą wszystkie narządy żołądka jedna czwarta kajzerki była problemem. O to zadbała doktor Zmarzły. Pomagał jej apetyt na życie samej Sylwii, która śmieje się, że w przenośni i dosłownie jest głodomorem.

- Kiedy się obudziłam, byłam tak głodna, że chciałam zjeść lekarza – śmieje się dziewczyna. – Ale pani doktor zaczęła powoli. Dostawałam odpowiednie kroplówki, płyny, worki żywieniowe. Dopiero po jakimś czasie kleik. Byłam zła, jak mi go dali, bo w końcu coś normalnego, ale... kleik. Oszalałam za to, jak pozwolili zjeść mi bułkę. Suchą, zwykłą bułkę! Wspaniała!

Lekarze nie wierzyli, że dziewczyna po czterech dniach sama siadła na łóżku. Przed operacją nie można było znaleźć żyły, w której płynęłoby dość krwi, by ją pobrać do badania. Do dziś zresztą trudno uwierzyć, że żyje. Bo wyciągnąć kogoś z takiej wagi to wielka sztuka. Sylwia doskonale zdaje sobie więc sprawę, że gdyby nie trafiła na doktor Zmarzły, to... To nie dzwoniłby budzik.

- A to jest dla mnie najprzyjemniejsza melodia – przyznaje dziewczyna. – Ludzie nie lubią budzików, a dla mnie to jest znak, że mam przed sobą kolejny dzień, że wyszłam z tego wszystkiego, że żyję. Że teraz wszystko będzie dobrze. O! Dzwoni budzik! – udaje sytuację z poranka głosem radosnym, uroczo piskliwym, jak u skowronka.


Sylwia Kostuch dziś, fot. arch.pryw.
I wszystko idzie ku dobremu. Powrót do domu zaczął się co prawda od codziennych kroplówek, których dawkowanie zajmowało 20 godzin, ale teraz kalorie dziewczyna przyjmuje tylko w tradycyjnej formie. Zajada jak najęta. Jej choroba powoduje, że organizm nie przyswaja z jedzenie tyle, ile powinien, więc trzeba stosować dietę zaprojektowaną w poradni prowadzonej przez dr Zmarzły. Sylwia je siedem razy dziennie, a koleżanki patrzą na nią z zazdrością. Gdzie ona to wszystko mieści? Jak ktoś pyta, to odpowiada, jak nie, to się tylko śmieje w duchu, wyciągając kolejną kanapkę.

- Kiedy nie mam przy sobie nic do jedzenia, czuję się nieswojo. Więc tak, jestem głodomorem! – żartuje, no i przyznaje, że zjadłaby też Andrzeja. To chłopak. Od miesiąca są razem. Oczywiście, wie o tym doktor Zmarzły.

Każdy lekarz ma swoja alejkę na cmentarzu

Lekarka wie, bo lubi chwalić się swoimi pacjentami. Czasem ich jednak nie poznaje, ale nie dlatego że nie pamięta, ale dlatego że tak się zmieniają. Wchodzą do gabinetu cali dumni ze słusznej wagi i dostają burę, że tak bez rejestracji wpychać się nie wolno, bo ludzie czekają. A potem jest chwila, monet ciszy i rozpoznanie: Pani Krysiu... to pani?.

- Kiedyś zadzwoniła do mnie pacjentka, już długi czas po tym, jak ją leczyłam. Powiedziała, że przyjedzie pokazać mi niespodziankę. Ja jej na to, że co to znaczy „pokazać niespodziankę". Niespodziankę trzeba dać! – wspomina lekarka. – Jak już przyjechała z zawiniątkiem to wiedziałam, że dać mi go nie może, że może tylko pokazać. To była sześciomiesięczna córeczka – uśmiecha się z największą satysfakcją i wzruszeniem.

Ale jest też wiele przykrych wspomnień. Są twarze pacjentów, których nie udało się wyciągnąć. Też tych sprzed olśnienia, sprzed walki o dożywianie. Doktor Zmarzły mówi, że każdy lekarz ma swoją alejkę na cmentarzu... Tak już jest. Między innymi dlatego, że ludzie umierają z głodu.

Poradnia żywienia tel. 71 395 76 20 Przypadki głodujących są przeróżne. Bieda, to sprawa oczywista. Starość też. Bo zdarza się, że biednemu 80-latkowi umrze żona, a on nie wie, jak sobie coś do jedzenia przygotować. Nie wie i nie chce, bo razem z małżonką odchodzi apetyt. Jest kobieta, która straciła zęby i moczy bułkę w mleku, myśląc, że to za całą dietę wystarczy. Jest też wiele chorób, które odbierają apetyty, uniemożliwiają przyjmowanie pokarmów. To choroby fizyczne i psychiczne . Te pierwsze to na przykład rak, ciężkie zapalenie płuc, alkoholizm, poparzenia, niewydolność nerek, czy zapalenie jelita. Cała masa jest tych chorób, aż strach wymieniać. A psychiczne? Znak czasów: depresja, anoreksja, zespół jedzenia nocnego, jedzenie kompulsywne i jeszcze stres. Wielu jest takich, co nie dojadają, bo tryb życia odbiera im czas na jedzenie. Wiadomo, cywilizacja!

No właśnie, niby wiadomo, a jednak nie. Bo doktor Zmarzły walczy z niewiedzą. O tym, że niedożywienie jest tak powszechnym problemem nie wiedzą nie tylko ludzie, ale też lekarze. To przerażające, że tak wielu nie zauważa problemu, nie szuka sposobów na walkę z tym problemem. Z tym, że chorzy na raka często umierają z głodu, a nie przez nowotwór.

- Ja przez całe studia nie usłyszałam dwóch zdań o niedożywieniu. Jest więc to problem środowiska medycznego, ale nie tylko – tłumaczy dr Zmarzły. – Zajmuję się tym aż 10 lat, a do dziś, do momentu, kiedy na Dolnym Śląsku marszałek województwa dał na walkę z nim 700 tys. złotych, ukazał się jeden wywiad ze mną. Teraz jest większe zainteresowanie, ale kiedy dziennikarze pytają mnie, dlaczego lekarze nie wiedzą, to ja pytam, a wy wiecie? Wy pytaliście? To problem nas wszystkich. Ogólnopolskiego przekonania, że jak człowiek chory to chudnie. Wcale tak być nie musi.

ZOBACZ TAKŻE


Wstydzę się mówić o rzeczach wstydliwych - wyznaje Joanna Szczepkowska. Kobieta, która pokazała na scenie pośladki, bo miała dość
Bo mimo tego, że mamy XXI wiek - czyli lasery, komputery, dreamlinery - to właśnie odkryliśmy, że chory człowiek chudnąć nie musi. I trzeba to wokoło rozpowiedzieć, uświadomić. Udaje się, po trosze, po kawałku, co chwilę.

Poradnia Żywienia Klinicznego dr Zmarzły do niedawna miała 2 telefony od niedożywionych dziennie. Dziś jest ich do 60, a pacjentów zapisuje się już na styczeń. Skala problemu jest ogromna, ale zmiany idą szybko. Lekarze odsyłają do kolegów specjalistów od żywienia coraz więcej pacjentów. Przychodzą oni w coraz lepszym stanie, co oznacza, że niedożywienie leczy się szybciej. Bo nawet jeśli ktoś ma raka, który jednocześnie jest wyrokiem, to dobrze odżywiając można zawsze dać mu kilka miesięcy, rok, a nawet półtora więcej.

- Czasem to jedne święta więcej w domu. Jedna gwiazdka z matką, ojcem, mężem dzieckiem – wylicza lekarka tym cichszym, łagodniejszym tonem. Wie, co daje, bo sama bardzo chorowała, a w tle, na ścianie gabinetu wisi zdjęcie jej 9-letniego już synka.

Mąż tej pani był do wyjęcia

Następna historia zaczyna się miłością i kończy śmiercią. Nie zgonem, choć opowiadająca i nieżyjący to lekarze.

On to świętej pamięci profesor neurochirurgii Henryk Dudek, a ona to wdowa po nim, patolożka Maria Rydzewska-Dudek. Głos ma silny, stalowy i dobywający się z głębi ciała. Taki, którym można by w telewizji zapowiedzieć, że lada moment będzie koniec świata i odbędzie się sąd ostateczny. Tym głosem opowiada o śmierci najukochańszego męża, którego powalił tętniak, ale zabiły na spółkę bakterie, drożdżaki i niedożywienie. Na tamten świat zabrały pseudomonas i candida - te dwie. Miały łatwo, bo – co niewiarygodne – profesor głodował.

A zaczęło się wszytko klasycznie, elegancko, jak w międzywojniu. Pracowali razem dziesięć lat i ona powoli zdawała sobie sprawę, że go kocha. Kiedy już zdobyła się na odwagę (bo profesor był wspaniałym mężczyzną i to onieśmielało), by wyznać, że go kocha, w odpowiedzi usłyszała: To dobrze się składa, bo ja panią też kocham.

Potem konsumowali ten niesłychanie radosny zbieg okoliczności. Lekarka wspomina, że byli krwistym małżeństwem, uprawiali seks, jak zwierzęta. Do czasu, jak okazało się, że Dzióbek ma tętniaka, który umiejscowił się tak fatalnie, że operacja miała małe szanse na powodzenie. Postanowili więc, że będą z nim żyć, spokojnie, powolutku, delikatnie. Nic z tego i tak pękł, szczęście w nieszczęściu, że sączył się powoli, nie zabijał szybko, w minutę, ale dał godziny. Godziny, które wystarczyły, by operować, by go wyciąć.

Usunąć tętniaka się udało, ale po wszystkim profesor Dudek się nie obudził. Zapadł w śpiączkę, mózg został poważnie uszkodzony. Ale mimo to Maria Rydzewska-Dudek nie poddała się. Zarówno przez pierwsze trzy doby, przez które ochrypła od ciągłego powtarzania Heniu! Heniu! Obudź się, jak i przez następne siedem miesięcy, kiedy udało się przywrócić profesora do ledwo, bo ledwo, ale jednak żywych.

ZOBACZ TAKŻE


"Mini można nosić do 50. Kilogramów, nie lat." Krystyna Mazurówna uwielbia szokować i nie przejmuje się krytyką nawet, gdy plują na nią na ulicy
Co przeżyła twarda jak skała patolożka? A kilku konowałów, których diagnozy zabiłyby jej ukochanego, gdyby sama nie miała wykształcenia potrzebnego, by podważyć rozpoznania niedouczonych. Znieczulicę innych, którzy skreślali walczącego o życie męża, widząc w nim tylko denata. No i absurdy systemu. Zwłaszcza jeden, który nie pozwolił odzyskać mężowi sił. Bo jeszcze wtedy, czyli w 2007 roku, NFZ nie dawał pieniędzy na żywienie pozajelitowe i dojelitowe w domu.

- A podawanie pokarmu pozajelitowo mogło uratować życie mojego Dudka. Po wielu miesiącach walki o życie był on już wychudzony, zabiedzonym człowiekiem – opowiada lekarka.

Dawała mu papki, w których miksowała wszystkie frykasy świata, ale to nie pomagało. Mimo tego, że wiedziała, jak zbawienny wpływ mogą mieć właśnie formuły żywienia pozajelitowego i dojelitowego, to jeszcze wtedy nie sposób było za pieniądze z budżetu państwa stosować ich w domu. Poszła nawet do białostockich chirurgów od jamy brzusznej, bo słyszała, że oni tam mają rzeczy, które mogłyby uratować życie męża, ale odeszła z kwitkiem, bo szef oddziału był akurat za granicą. A ci, co akurat nie wyjechali, bez ordynatora nie mogli jej pomóc.

Wszystko skończyło się 18 sierpnia 2007 roku. Kinga, dziewczyna syna pani doktor, przybiegła do niej w nocy i powiedziała to, co mówią ci, którzy nie znają się na rzeczy: To chyba koniec. Patolożka zna się na umarlakach i wiedziała, że ten koniec nastąpił parę godzin wcześniej. Tuż po tym, jak pożegnała męża przed snem. Do dziś ma wrażenie, że profesor Dudek specjalnie czekał, aż się z nim pożegna, aż pójdzie spać i nie będzie mogła o niego walczyć. Że był już zmęczonym walką cieniem człowieka.

- On już nie chciał żyć... dlatego umarł – wspomina doktor Maria. – A ja umierałam wiele razy. Zawsze wtedy, gdy waliłam głową w mur, kiedy walczyłam ze służbą zdrowia. Na przykład o te cholerne worki żywieniowe, które mogłyby go uratować.

Po wszystkim poszła na oddział tam, gdzie nie mogli ich dać, gdzie nie mogli pomóc, bo nie było ordynatora. Tym razem go znalazła, siedział w fotelu w gabinecie. Weszła, siadła obok niego i zapytała, co by było, gdyby on wtedy był. Chłopak był do wyjęcia. Trzeba było go wzmocnić, odżywić, zwalczyć infekcję i żyłby długo i szczęśliwie. Długo płakała, a jak już wyjęła twarz z zapłakanych dłoni, to wyłkała tylko: Panie profesorze, proszę mnie nie zabijać jeszcze raz.... Jej miłość zabił system, który nie przewidział, że ona, doktor Maria Rydzewska-Dudek, będzie musiała odżywić w domu pozajelitowo męża, profesora neurochirurgii.

Dziś już można więcej, ale ciągle nie wszystko

Dziś by mogła. Doktor Zmarzły zmaga się za to z kolejnym problem. Chodzi o to, by tych, którzy mogą sami jeść, też objąć opieką NFZ. Bo nawet, gdy kogoś z problemami wyciągnie się z głodu, karmiąc kroplówkami, czy podając jedzenie prosto do żołądka, to zostaje cała reszta chorych. To niedożywieni w domach, którzy mogą jeść i pić, a z różnych powodów głodują. A jak ich leczyć? To też wyższa szkoła jazdy. Taki chory powinien być pod opieką lekarza żywieniowca, chodzić do dietetyka. W innym wypadku powoli się wyniszcza.

- Za takie konsultacje NFZ nie płaci. Myśmy właśnie dostali 700 tys. złotych od Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego i te pieniądze pójdą między innymi na to – mówi doktor Zmarzły. – Problem jest jednak tak powszechny i tak tragiczne konsekwencje potrafi rodzić, że pieniędzy na konsultacje żywieniowe potrzeba w całym kraju.

Potrzeby nie widzi jednak Fundusz. Co odpowiada, gdy zapytać go o konieczność finansowania takich poradni? Ano to:

Świadczenia dla pacjentów z niedożywieniem udziela się w ramach różnych zakresów świadczeń w zależności od podłoża niedożywienia. A przyczyn niedożywienia może być bardzo wiele: zaburzenia psychiczne, zaburzenia wchłaniania, zaburzenia neurologiczne, czy choroba (np. nowotworowa), czy przyjmowanie leków, czy po prostu złe zbilansowanie diety.


Tomasz Zalewa, fot. arch.pryw.
Czyli mówiąc wprost, dobrze jest jak jest. No, nie do końca. Zwłaszcza w sprawie diety. Najlepiej wie o tym Tomasz Zalewa (na zdj.), 39-latek i pacjent doktor Zmarzły. Uważa się za szczęśliwca, bo w najgorszym momencie waga zeszła tylko do 50 kilogramów. Ma 175 centymetrów wzrostu i dziś waży już 73 kilo – czyli najwięcej w życiu. Sam mówi, że to po prostu fart, że trafił na lekarkę, którą nazywa panią Anią.

Zresztą to pani Ania mówi jakoś tak cieplej, radośniej, a słychać po głosie, że nie jest facetem skorym do entuzjazmu. Facetem, którego Leśniewski-Crohn zmusił do zbudowania emocjonalnej skorupy.

Przypadłość towarzyszy mu każdego dnia. Za nutridrinki miesięcznie płaci więcej niż nałogowi palacze płacą za papierosy, wycięli mu kawałek jelita, a przez regularne zaostrzenia choroby często trafia do szpitala. Raz trzeba operować, a raz obywa się bez interwencji chirurga. W każdym razie szpital to jego drugi dom i zdążył się już naoglądać wielu tragedii.

- Widzę jak opieka szpitalna nad chorymi np. na Crohna w Polsce rozwija się i to bardzo cieszy. Coraz łatwiej dostępne nowe metody leczenia, coraz więcej profesjonalnych młodych lekarzy z imponującą wiedzą specjalistyczną. Martwi natomiast fakt, ze przy wypisie ze szpitala często chory otrzymuje lakoniczny opis: dieta lekkostrawna i tyle. wyznaje Tomasz. – Już się na to uodporniłem. Czasem jednak myślę o tych wszystkich, którzy nie mieli szczęścia, by trafić na taką panią Anię. Oni szybko wracają do szpitala, zdarza się, że w coraz gorszym stanie. Bo przy mojej chorobie dieta to podstawa. Dzięki niej, dzięki pani Ani, żyje mi się dużo lepiej. Właściwie, żyje mi się dobrze

I tak właśnie NFZ przykłada rękę do tego, że w Polsce niedożywieni idą w miliony. Bo nie mają dostępu do fachowej pomocy, bo nie wiedzą. I dlatego 57-kilogramowa Sylwia, bezwiednie stała się chodzącym punktem konsultacyjnym. Doradza w szpitalu, doradza w aptece, doradza w pracy i na spacerze. Ludzie pytają i nawet jeśli sami nie mają problemu, to chcą wiedzieć, bo znają kogoś, kto jest za chudy i w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Nie wiadomo też po co. Bo jeśli wierzyć Annie Zmarzły - a przecież ma po swojej stronie mnóstwo chodzących dowodów - to chory wcale nie musi chudnąć.

- Jak pani doktor mówi, że trzeba się pokazać, powiedzieć parę słów, poświadczyć, jak ważny jest problem niedożywienia, to ja się nigdy nawet nie waham, idę – wzdycha Sylwia. - Nawet mimo tego, że chciałabym zapomnieć o tym, że wygrzebanie się z dziury w szpitalnym materacu było jak wejście na Everest, że byłam tuż-tuż, że prawie nie żyłam. Ale nie mogę zapomnieć, muszę jej pomagać, bo to dzięki niej mogę dziś buszować po sklepach, spotykać z Andrzejem i zajadać naleśnikami. To dzięki mogę słuchać budzika każdego ranka. Leżeć i myśleć o tym, jak on pięknie dzwoni...


ZOBACZ TAKŻE

Maciej Czujko

2012-12-04 06:10:35

Tagi:

polacy,

lekarze,

szpitale,

głód,

niedożywienie

Komentarze

  • 4.12.12, 16:33:37

    ~oburzony napisał(a):
    Ten artykuł dobrze pokazuje, że służba zdrowia nie powinna być rękach państwowych lecz prywatnych. Jest sporo dobrych lekarzy w Polsce, którzy jednak swoich najbliższych czasem nie są w stanie uratować... a co dopiero ludzie, którzy nie mają żadnych koneksji ze światem lekarskim a przy tym mało pieniędzy. Zwierzęta mają w Polsce lepiej niż ludzie, jeśli chodzi o dostęp do usług medycznych - bo tam nie ma ZUS-u ani NFZ.
    Centralnie sterowana służba zdrowia się nie sprawdza, jedynie prywatne podmioty świadczące usługi medyczne mają sens, bo jest między nimi konkurencja oraz kalkulacja ekonomiczna. Leczenie musi przynosić zysk, jak każda inna usługa. Przy zdrowej konkurencji płacilibyśmy mniej, a służba zdrowia stałaby na lepszym poziomie. Pacjent byłby usługobiorcą (płacę i wymagam), a nie petentem wobec machiny biurokratycznej, która bardzo chętnie "opiekuję się naszymi składkami" (9% od podstawy wynagrodzenia!!), ale już nie koniecznie radzi sobie z leczeniem, a wobec tego składka zdrowotna to zwykły haracz. NIE CHCĘ PŁACIĆ SKŁADKI ZDROWOTNEJ, A PAŃSTWO MNIE DO TEGO ZMUSZA! Komunizm wiecznie żywy! Niestety najgorsze jest to, że większość Polaków na to się godzi, dlaczego? bo nie wiedzą, że istnienie naszego Państwa bez państwowej służby zdrowia jest możliwe. Polacy niestety w większości instynktownie jak gdyby wolą wierzyć w uzdrowienie służby zdrowia przez nowych (lepszych? uczciwszych?) ludzi niż zgodzić się, aby służba zdrowia była prywatna i dobrowolna. Więc politycy wychodzą naprzeciw tym oczekiwaniom i odżegnują się od planu uczciwej, sprawnie przeprowadzonej prywatyzacji służby zdrowia, więc nie wprowadzają zmian. Byłoby to tylko żałosne, gdyby nie fakt, że dziesiątki tysięcy ludzie którzy chorują i liczą na służbę zdrowia - odchodzą.
    Wiara w socjalizm (w tym zwłaszcza w państwową służbę zdrowia) przynosi opłakane skutki.
  • 4.12.12, 20:37:19

    ~Puk napisał(a):
    Polska tuska, otwieranie drzwi dla jego pobratymców z za Odry.
  • 5.12.12, 10:40:40

    ~Punch napisał(a):
    Podobno skala niedożywienia porównywalna z niedożywieniem a Auschwitz i to bez czołgów i bombowców. Wystarczył tusk. A jego jurta w Warszawie w pełni oświetlona stoi pusta, a kosztowała miliardy jak i inne przekręty.
  • 2.01.13, 17:45:10

    ~fghfgh napisał(a):
    Za PRL-u w każdym mieście było kilkanaście jak nie więcej barów mlecznych, gdzie każdy mógł się najeść do syta za parę groszy. Komu to przeszkadzało ? Tylu biedaków i żebraków jak teraz, to nigdy jeszcze nie było w tym kraju.
  • mieczman

    4.01.13, 18:40:51

    mieczman napisał(a):
    Dla nich Polak to nazwa przeklęta, im jest tego lżej to i lepiej, nie będą smędzić, że im żle! po prostu zejdą bez tupania i koniec! Tylko Bareja chwalił władzę, że dobrze im obywatela jest ciężej! Ci nie dorośli Mu do pięt.
  • 23.04.13, 20:53:15

    ~null napisał(a):
    Nie przeczytałem tego artykułu, ale mam dobrą radę. Skończcie pierdolić.