Wywiady i reportaże Iwona Guzowska o pokonywaniu demonów dzieciństwa, płaczu przed telewizorem i tym za co oberwało się ...

Iwona Guzowska o pokonywaniu demonów dzieciństwa, płaczu przed telewizorem i tym za co oberwało się jej w Sejmie

Iwona Guzowska o pokonywaniu demonów dzieciństwa, płaczu przed telewizorem i tym za co oberwało się jej w Sejmie [fot: TRICOLORS/East News]

Fighterka. Hurtem kolekcjonowała tytuły mistrzyni Europy i świata na kick-boxerskim i bokserskim ringu. Rękawice zawiesiła na kołku dziewięć lat temu. Wciągnęła ją polityka i jest z tego dumna. Mimo tego, że w życiu często było pod górkę, nie rezygnowała z marzeń, nawet gdy na ich spełnienie musiała czekać 25 lat. Z Iwoną Guzowską rozmawiamy o tym, dlaczego od zapachu spalin woli woń siana, ul. Wiejskiej od środka i o tym komu będzie kibicować zagryzając palce przed telewizorem w czasie transmisji z Londynu.

Krzyczy Pani przed telewizorem?

Sport to jedyna rzecz, która przed telewizorem potrafi doprowadzić mnie do łez. Ze wzruszenia. Ale z drugiej strony, gdy w Pekinie złoto zdobywali wioślarze i Leszek Blanik, darłam się wniebogłosy i cieszyłam jak małe dziecko. Taka dzika radość bierze się stąd, że znam kogoś osobiście. A do startów znajomych i przyjaciół podchodzę z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym.

Syn nie strofuje? Nie mówi: Mamo, mamo spokojnie to tylko sport.

On nie ogląda ze mną wszystkich transmisji. Wybiera te, gdy akurat startuje, ktoś kogo on też zna, lub wie, że to mój znajomy. Ale to młody człowiek, który ma swoje zajęcia. Cały czas gdzieś lata.

Plan transmisji z Londynu już sprawdzony?

Czekam niecierpliwie na początek igrzysk. Olimpiada to dla mnie wielkie święto. Raz na cztery lata pozwalam sobie na to, by spędzić sporą ilość czasu przed telewizorem. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

Na olimpiadę jedzie blisko 220 naszych reprezentantów. Komu będzie Pani najmocniej kibicować?

Trzymam kciuki za wszystkie nasze dziewczyny. A już szczególnie mocno liczę na sukcesy: Mai Włoszczowskiej, Karoliny Michalczuk - naszej jedynej reprezentantki w pięściarstwie, Agnieszki Jerzyk - wspaniałej triathlonistki i Ani Rogowskiej. Imponuje mi ich waleczność. Wierzę, że przywiozą medale.

Oczywiście, kibicuję nie tylko kobietom. Liczę na siatkarzy. Podziwiam Adama Korola i całą naszą czwórkę wioślarską. To są wyjątkowi chłopcy. Wiem, jak ciężko pracują. Zasługują na sukces.

Ma Pani na koncie tytuły mistrzyni świata i Europy. Ale to właśnie złoto na igrzyskach jest dla wielu sportowców celem najważniejszym i ukoronowaniem kariery. Zazdrościła Pani tym, którzy co cztery lata mieli szansę bić się o olimpijskie laury?

Absolutnie nie. Wybierając kick-boxing doskonale wiedziałam, że kick boxing nie jest dyscypliną olimpijską. Cieszę się z sukcesów innych, szczególnie Polaków. Bo te odnoszone na igrzyskach są dla każdego sportowca absolutnie najważniejsze.

Wiedziała Pani, że o laurach olimpijskich można zapomnieć, a nie było obaw o to, że ciosy i kopnięcia przeciwniczek mogą zostawić ślady na twarzy?

Ból jest wpisany w każdy sport. W sportach walki, z natury kontaktowych, dochodzi do tego bezpośrednie zagrożenie zdrowia. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Gdy wchodziłam do ringu, miałam tylko jeden cel: zwycięstwo. To wszystko.


AGENCJA SE/East News

W kick-boxingu i boksie zawodowym było miejsce na kobiecość?

To nie miało znaczenia. Gdy wchodziłam do ringu, byłam sportowcem, który ma do wykonania zadanie. A kobiecość jest ze mną non stop, bo po prostu jestem kobietą. Owszem są dziewczyny, które do ringu zakładają spódniczkę. Ale makijaż w grę nie wchodzi, bo raczej kiepsko by się wyglądało. Malować paznokcie to mogą sobie na przykład tenisistki, a w rękawicach boskerskich trzeba mieć je krótkie, by sobie nie zrobić krzywdy. Jakakolwiek biżuteria też byłaby niebezpieczna, nie mówiąc o tym, że jest zabroniona. Pamięta Pan Florence Griffith-Joyner i jej kolorowe pazury? W sprincie mogła sobie na to pozwolić. W sportach walki nie ma o tym mowy.

Była Pani też młodą mamą.

Paradoksalnie, to że zostałam wcześnie mamą, mocno mnie zdopingowało. Wszystko co najlepsze, zdarzyło się po pojawieniu się Wojtka na świecie. Był taką iskierką, która dodała mi siły i rozpaliła cały ogień. Oczywiście, nie dałabym rady bez wsparcia rodziców.

Wiele ważnych momentów w rozwoju takiego malutkiego dziecka umknęło mi, bo mnie po prostu przy nim nie było, a jest to nie do odtworzenia. Ale dzisiaj mamy fantastyczny kontakt. Bardzo się kochamy i dobrze rozumiemy. Mimo tego, że w pewnych okresach czasu nie mogłam mu poświęcić tyle, ile powinnam, jesteśmy przyjaciółmi i nie ucierpiała na tym więź między nami.

Po pełnej sukcesów karierze w kick-boxingu przyszedł czas na boks zawodowy. A podobno nie była Pani fanką walk pięściarskich?

Faktycznie. Boksu nie było wśród najchętniej oglądanych przeze mnie sportów. To się jednak zmieniło, od momentu w którym zaczęłam trenować. Okazało się, że boks to jest mój żywioł. Kochałam ciężkie treningi i walkę. Choć była też presja i stres. Boks stał się częścią mnie.

A pieniądze? Kick-boxing pozwalał czuć się bezpiecznie? Czy może dopiero zawodowy boks przyniósł stabilizację?

W kick-boxingu nie miałam już perspektyw. Ileż można jeździć na mistrzostwa Europy i świata i przywozić medale, za którymi nic nie szło? Syn rósł, a utrzymać się z 500 zł stypendium nie było łatwo. Na początku więc, w kierunku boksu pchała mnie motywacja finansowe.

TAK IWONA GUZOWSKA ZDOBYWAŁA TYTUŁ MISTRZYNI ŚWIATA NA ZAWODOWYM RINGU:

Na szczęście szybko okazało się, że jest to moja pasja. Zupełnie inny sport niż kick boxing. Inne było natężenie treningów. Kick-boxing okazał się bułką z masłem. Fajną zabawą w fajnym towarzystwie - przyjaźnie z kadry kick-boxingu trwają zresztą do dziś - ale dopiero w boksie zaczęła się naprawdę ciężka praca. Taka orka na ugorze. Straszny reżim. Bez pasji, która się obudziła, nie dałabym rady. A co do pieniędzy. To nie były to kokosy, ale w porównaniu do kick boxingu było dużo lepiej.

Te sukcesy na ringu imponują tym bardziej, że droga do nich była wyboista. Zresztą sporty walki przyciągają wielu ludzi, którzy zostali poturbowani przez los i często potrafią ich wyprostować. Choć nie zawsze się to udaje.

Do sportu często trafiają młodzi ludzie, którzy mieli trudne doświadczenia życiowe. Ale nie po to, by tam szukać ujścia dla swojej agresji czy frustracji. Oni często sięgają po tytuły, bo tak doświadczył ich los, że zahartowali swoje charaktery i są w stanie znieść reżim treningu. Ale to dotyczy nie tylko sportów walki. Przecież Kuba Błaszczykowski też przeżył wielką tragedię. W sporcie, ci którzy stają na najwyższych stopniach podium to ludzie najtwardsi. A któż może być twardszy, od kogoś, kto przeżył prawdziwą tragedię jako dziecko i nie załamał się?

fot. Iwona Guzowska i Jean-Claude Van Damme
na zdjęciu/l Iwona Guzowska i Jean-Claude Van Damme
Reporter Poland/East News
A propos bycia twardym. Pani wydaje się coraz twardsza. Ostatni debiut w triathlonie mówi sam za siebie. Co się czuje na mecie morderczego wyścigu?

To jest niezwykła satysfakcja. Wszyscy mi mówili: Iwona gdy będziesz jechała ostatnie kilometry z tych 90 na rowerze, to będziesz klęła w żywy kamień: Co ja tu w ogóle robię?! Nic podobnego. Gdy jechałam na rowerze dziób mi się śmiał. To była dzika radość. Kolejny raz okazało się, że w trudnych momentach wszystko zależy ode mnie samej. Od tego jak jestem twarda i jak sobie wszystko w głowie poukładam, bo siła psychiki jest niewiarygodna. Cieszę się, że cały czas potrafię to wykorzystywać.

O triathlonie usłyszałam w latach 90. Zanim zaczęła się przygoda z boksem. Dowiedziałam się o zawodach Iron Man na Hawajach. Pomyślałam sobie: Boże, jakie to musi być czadowe! Jak ja bym chciała tego spróbować, gdy już skończę karierę. No i proszę dziewięć lat po zakończeniu kariery spróbowałam.

Jestem szczęściarą i trafiłam na fantastycznych ludzi. Mam genialnego trenera. Zaczęliśmy pracować 16 kwietnia. Wcześniej przez pół roku się nie ruszałam, bo miałam naderwany mięsień płaszczkowaty, a ten człowiek w dwa i pół miesiąca przygotował mnie do walki na dystansie równym połowie zawodów Iron Man. A w przyszłym roku pełen dystans Iron Mana. Już się nie mogę doczekać.

Jak udaje się codzienny trening pogodzić z obowiązkami poselskimi i rodzinnymi?

Wydawało mi się, że jestem już tak zapracowana, że nie znajdę czasu na treningi. Okazuje się jednak, że jak nie masz czasu, to kup sobie jeszcze kozę. Najważniejsza jest dobra organizacja.

Łukasz Gras w swojej książce Trzy mądre małpy opisuje schemat, który wszyscy przerabiamy. Okazuje się, że gdy poza pracą zawodową, nie mamy jakiejś pasji i celu, to marnujemy tyle czasu, że to jest wręcz niewiarygodne. Ja tak dysponuję swoim czasem, że wciąż jestem w stanie wszystko ogarnąć. A trening to jest czas tylko i wyłącznie dla mnie. Mogę wtedy złapać dystans. Syn powiedział mi, że przez trzy ostatnie miesiące zmieniłam się bardzo. Mam tyle energii co dwadzieścia lat temu. A może i jeszcze więcej.

Jakby tego było mało, spróbowała Pani swoich sił w rajdach samochodowych.

To był tylko incydent. Koleżanka, która potrzebowała kogoś do pary w załodze poprosiła mnie. Spróbowałam. Ale to nie jest to. Tam nie wszystko zależy tylko ode mnie. To jest kierowanie maszyną, której defekt może pogrzebać może szanse na dobry wynik. Nie wszystko zależy od siły moich mięśni. A ja muszę na własnych rączkach i nóżkach. Warto było spróbować, ale to nie jest to. Zapach spalin mnie nie kręci. Ja muszę czuć zapach powietrza, lasu, czuć wolność i przestrzeń. W samochodzie tego nie ma. Chociaż kocham jeździć samochodem.

A jak jeździ Iwona Guzowska? Klnie Pani na wolno jeżdżących kierowców?

No tak. Zdarza się. Ale to wynika z charakteru. Z wiekiem człowiek jeździ jednak dużo mądrzej. Wiem, że trzeba po prostu wcześniej wyjść z domu, by gdzieś zdążyć. Ale fakt, gdy widzę takich ślamazarnych kierowców, to mnie krew zalewa (śmiech).

Wracając do zapachów. To chyba jest jeszcze jeden, który Panią kręci? To zapach siana.

No tak, koniki. To było marzenie od małego dziecka. Gdy miałam pięć lat rodzice zabrali mnie na zawody CSIO w Sopocie. Zakochałam się w koniach i skokach. Zrealizowałam marzenie, gdy miałam 30 lat. Nauczyłam się jeździć. Był taki moment, że miałam trzy konie. Pierwszy poszedł na łąki, bo się do sportu nie nadawał. Była też wspaniała klacz, która wiele mnie nauczyła, ale jest już na emeryturze. Miałam też konia, który uczył się wszystkiego od początku. Był jak drugi synek. Tylko ze mną był w stanie wejść do trailera, gdy jechaliśmy na zawody.


East News
Przyszedł jednak trudny moment. W Warszawie łapały mnie wyrzuty sumienia, że nie pracuję z koniem, tyle ile powinnam. A gdy jechałam do stajni, a przy takim zwierzaku jest tysiąc rzeczy do zrobienia, to miałam wyrzuty sumienia, że być może w tym czasie mogłam więcej pracować. Ciągnięcie tego dalej nie miało sensu. Podjęłam ciężką, męską decyzję, że koniec z tym sportem. Teraz jest czas na pracę, którą traktuję bardzo poważnie. Kiedyś może do tego wrócę.

Inna sprawa, że i tak nie byłabym w stanie uprawiać jeździectwa na takim poziomie, na jakim bym chciała, bo to jest jeden z najdroższych sportów. Każdy wyjazd na zawody nawet w klasie, w której skacze się przez przeszkody o wysokości 120 cm to koszt kilku tysięcy złotych. Nie mówiąc już o kosztach utrzymania konia sportowego.

W 2005 roku wkroczyła Pani w politykę. Wiele osób się nią brzydzi. Były opory?

Co do prestiżu posła to fakt, czasami mam wątpliwości. Bo dla wielu to jest straszny obciach. Wielu osobom poseł kojarzy się z oszustem. A tak naprawdę to bardzo odpowiedzialna funkcja i jestem dumna z tego, że w drugą kadencję weszłam z drugim wynikiem w Gdańsku. To było wielkie zaskoczenie.

A czym zaskoczyła polityka widziana od środka?

Tym, że poseł to nie żaden gamoń, darmozjad i leniuch. Zdecydowana większość ludzi w parlamencie ciężko pracuje. W mediach tego wogóle nie widać. One wolą pokazać pustą salę plenarną. Nikt nie mówi, że w tym czasie posłowie w tym czasie pracują w komisjach. Nic dziwnego, że później tak postrzega się pracę posła. A ten często choć w tygodniu pracuje od rana do wieczora, w weekend też nie ma czasu, by pobyć z rodziną. Bo jego obecność podnosi na przykład prestiż jakiejś imprezy dla dzieci.

A nie podoba mi się to, że są takie momenty w polityce, w których interes partii staje się ważniejszy niż praca, do której jesteśmy powołani. Gdy trwała kampania samorządowa lub parlamentarna, niewiele mogłam zrobić, bo wszyscy byli zajęci kampanią. Coś takiego mnie denerwuje.


Reporter Poland/East News

A to, że na ringu czy na torze zależy Pani od siebie, od własnego przygotowania, a tutaj decydują władze partii? To też denerwuje?

Parę razy oberwało mi się od władz partii za to, że zagłosowałem inaczej niż instrukcja. To może denerwować, ale taka jest polityka. Jeżeli nie będzie jedności, to partia szybko się rozpadnie. Czasami choć może to nie być do końca zgodne z przekonaniami wewnętrznymi, trzeba więc trochę pokory. Szczerze powiem, że łatwiej jest z tym, gdy głosuje się nad czymś w co się nie jest osobiście zaangażowanym. Pewnie zdarzy się jeszcze kilka sytuacji, w których jednak zagłosuję po swojemu. Mimo wszystko to trudne momenty.

Takim trudnym momentem może być kwestia in vitro i związków partnerskich. Iwona Guzowska popiera...

Zdecydowanie liberalne podejście. Jestem za prawem człowieka do wyboru. Nie wyobrażam sobie stanowienie prawa zakazującego tego, co z gruntu rzeczy jest dobre. Weźmy związki partnerskie. Człowiek wolny, dorosły i świadomy powinien mieć prawo wybrać to, jak chce żyć z drugą osobą. Czy chce brać ślub, czy nie. To dotyczy przecież nie tylko homoseksualistów. Drażni mnie zamiatanie pod dywan i udawanie, że takiego tematu nie ma. Są ludzie, którzy żyją w związkach homoseksualnych. Tak było od zarania dziejów i tak będzie zawsze. Dlaczego my mamy im to uniemożliwiać, czy utrudniać?

Przeciwnicy liberalnych rozwiązań powołują się na naukę Kościoła

Ale żyjąc w tym kraju, każdy może mieć prawo nie chodzić do kościoła. Mogę mieć - za przeproszeniem - w nosie nauki kościoła. Ważne, że jestem porządnym człowiekiem i nie krzywdzę innych ludzi. A brak ustawy o związkach partnerskich krzywdzi ludzi. Jeżeli nauka Kościoła kogokolwiek dyskryminuje, to coś z tą nauką jest chyba nie tak.

In vitro to też nie jest ustawa, która nakazuje komukolwiek stosowanie tej metody. Tylko reguluje wszystkie kwestia związane z procedurą in vitro. Konserwatywny katolik nie skorzysta z tej metody. Ma do tego pełne prawo. Ale nie zakazujmy tego wszystkim. A już karanie ludzi za in vitro to cofanie się do średniowiecza. Nie rozumiem tego. Mam nadzieję, że wygra zdrowy rozsądek.

Posłowanie pomaga też pewnie Pani w organizacji imprezy z udziałem gwiazd. Przyświeca im szczytny cel: pomoc dzieciom, które mają gorszy start. Pani dobrze o tym wie, jak to jest..

To forma podziękowania losowi, Bogu, komukolwiek za talenty, które dostałam i możliwość wykorzystania ich. Za to, że wokół mnie znaleźli się wyjątkowi ludzie. Za to, że miałam mamę, tatę i dom, choć początek był zupełnie inny. Za to wszystko dobre, co mnie spotkało, warto zrobić coś dla kogoś. Pokazać dzieciakom, że mimo tego, że nie było łatwo, udało mi się coś osiągnąć. Chcę im powiedzieć, że skoro mi się udało, im też może się udać.

Otwarcie mówi Pani o demonach trudnego dzieciństwa. Alkoholizm ojca, adopcja. To sposób na to, by pokazać, że na przekór wszystkiemu można z tego wyjść?

Tylko z tego powodu o tym mówię. Doskonale wiem, jak to smakuje, kiedy człowiek wstydzi się tego, że wychował się w domu dziecka. Tego, że ojciec jest alkoholikiem. Choć nie jest to przecież wina tego małego dziecka. Takie napiętnowanie przez rówieśników jest straszne, zwłaszcza wtedy gdy potrzebuje się zrozumienia i akceptacji.

Ważne jest by ludziom, którzy przeszli traumę, na dodatek często mają syndrom ofiary i czują się współwinni, dać możliwość mówienia o tym. Nie jestem stroną w książce, którą napisał profesor psychologii i z góry wiadomo co jest mi pisane. Jestem żywym przykładem tego, że różne rzeczy się zdarzają i tylko od nas zależy, co my z tym zrobimy.

Na przykład staniemy przed innymi na scenie. Z tym zresztą Pani problemów nie ma. Przydarzył się nawet epizod aktorski w komedii Nie kłam kochanie. Iwonę Guzowską pociąga szołbiznes?

To są zazwyczaj takie bonusy od życia. Fajne przygody. Coś nowego, dzięki czemu można się czegoś nauczyć i poznać fajnych ludzi. Wiem, że mam dużą łatwość jeżeli chodzi o pracę z kamerą, ale nie mam tu żadnych ambicji. Gdy coś się dzieje, to wynika zazwyczaj samo z siebie. Trzeba łapać to, co przynosi życie. Nie potrafię zamykać się w jednej dziedzinie. Bo ja jestem po prostu za bardzo ciekawa świata.

IWONA GUZOWSKA

Reporter Poland/East News
Ma 38 lat. Gdańszczanka. Jesienią 1992 roku zaczęła przygodę z kick boxingiem. I już w tym samym roku - kilka miesięcy po urodzeniu syna Wojtka - została wicemistrzynią Europy w formule light contact. Do 1998 roku hurtowo kolekcjonowała tytułu mistrzyni: Polski, Europy i świata.

W styczniu 1999 roku podpisałą kontrakt z Polish Boxing Promotion. Była pierwszą Polką, która weszła na zawodowy ring. Już w pierwszym roku walk zdobyła tytułu mistrzyni Europy i Świata w wadze piórkowej. Ostatnią walkę stoczyła w 2003 roku.

W 2007 roku trafiła do Sejmu. Dziś już drugą kadencję zasiada w ławach poselskich.

Brała udział w reality show Bar. Organizuje imprezy sportowe: Mistrzostwa Polski w Wieloboju Strzeleckim Gwiazd, Turniej Siatkówki Plażowej czy SsangYong Cup - Wyścig Gwiazd. Dochód z nich trafia na cele charytatywne.

rozmawiał Maciej Miskiewicz

2012-07-23 06:50

Komentarze