Wywiady i reportaże Każdego dnia walczą o życie, swoje i dzieci, ale nie boją się też myśleć o śmierci. Przeczytaj histo...

Każdego dnia walczą o życie, swoje i dzieci, ale nie boją się też myśleć o śmierci. Przeczytaj historie ludzi, którzy proszą o eutanazję

- Nie będę umiała patrzeć na cierpienie córki. Jeśli stanie się nie do zniesienia, będę wiedziała, co zrobić - mówi Elżbieta Karasińska, mama 14-letniej Agaty, chorej na czterokończynowe porażenie mózgowe. [fot: z archiwum prywatnego Elżbiety Karasińskiej]

Podziwiam. Pani musi być z żelaza - słyszy. Potem następuje seria zdań, które świetnie zna. Będzie dobrze. Agata kiedyś stanie na nogi. Wszystko się ułoży, zobaczy Pani. Tego poklepywania po plecach i wiecznego pocieszania ma już po dziurki w nosie. Dlatego ucieka do lasu. Tam Niunia czuje się najlepiej, a ona może się wreszcie porządnie wyryczeć. Bo wcale nie jest z żelaza. Nieraz chciała z tym wszystkim skończyć. Raz nawet prawie się udało. Połknęła garść tabletek, ale kiedy miała podać je córce, pękła. Półprzytomna zadzwoniła na pogotowie, błagając by wypłukali jej żołądek. Lekarzowi powiedziała, że przez pomyłkę wzięła lekarstwa Agaty.

Nie ma dnia, by nie rozmawiała z Bogiem. Wierzy w jego istnienie, ale nie biega do kościoła co pięć minut. Modli się po swojemu. Ciągle się z nim kłóci. I negocjuje: Umowa jest taka. Skoro taki mi los zgotowałeś, musisz teraz o nas zadbać. Albo pozwolisz mi żyć dłużej od niej, choćby o jedną minutę, albo dasz mi znak, kiedy nadejdzie mój czas. Wtedy zdążę jeszcze zabrać ją ze sobą.

- Chciałabym choć na chwilę przestać się bać - mówi Elżbieta Karasińska, matka 14-letniej Agaty, chorej na czterokończynowe porażenie mózgowe, padaczkę i zaburzenia emocji. - O córkę, o siebie, o każdy kolejny dzień. Śpię z ręką na butli tlenowej i ssakiem przy boku, bo nie wiem, kiedy nastąpi kolejny atak. Wsłuchuję się w oddech córki i czekam. Nie wiem, ile jeszcze tak dam radę...

Co chcesz na obiad? Ale ja już nie wrócę. Nigdy

Agata miała być zdrowym, szczęśliwym dzieckiem. Ciąża przebiegała bez żadnych powikłań. Poród zmienił się jednak w koszmar. Pani Elżbieta miała niecałe dwa centymetry rozwarcia a córka ważyła prawie cztery kilogramy. Nie była w stanie jej urodzić. Błagała o cesarskie cięcie, ale lekarze kazali jej przeć. Kiedy tętno dziewczynki dramatycznie spadło, zaczęli w pośpiechu wyszarpywać ją kleszczami. Tak nieudolnie, że zgnietli jej głowę. Agata dostała wylewu.

Lekarze, żeby ukryć partactwo, wpisali w kartę wodogłowie. Nie odessali krwi, która zalała móżdżek i po pół roku matka musiała wrócić z dzieckiem do szpitala na operację. Jakby mało było nieszczęść, anestezjolog zamiast wpisać w kartę aktualną wagę dziecka, pomylił się i wpisał urodzeniową. Podczas wiercenia dziury w czaszce Agata obudziła się. Zaczęła wyszarpywać się z podłączonych do niej rurek. Lekarze tak ją ratowali, że zarazili gronkowcem złocistym, a na koniec dren założyli odwrotnie.


z archiwum prywatnego
Elżbiety Karasińskiej
- Podczas operacji Agata przeżyła horror. Nie dowiedziałabym się tego wszystkiego, gdyby nie pielęgniarka, która asystowała podczas operacji - opowiada pani Elżbieta. - Przyszła do mnie, bo sama jest matką. Odwiedzała potem Agatę, bo nie mogła zapomnieć tego, co się na tej sali wydarzyło. "W sądzie nie będę zeznawać. Mam męża pijaka, potrzebuję pracy" - powiedziała.

Leczenie Agaty trwało cztery miesiące. Kiedy wyszły ze szpitala, zaczęła się heroiczna walka o sprawność dziewczynki. Wszystkie oszczędności wydawali z mężem na rehabilitację małej. Agata była bardzo dzielna. Szło tak dobrze, że w wieku dwóch lat trzymana za ręce potrafiła wejść na czwarte piętro. Dochodziła do drzwi i kazała sprowadzić się z powrotem na dół. Tak jej się podobało.

Zaczęły się jednak pierwsze ataki padaczki pourazowej, która storpedowała organizm i w konsekwencji wcisnęła dziecko w inwalidzki wózek.

Kiedy Agata miała 7 lat wydarzyło się kolejne nieszczęście.
- Zadzwoniłam do męża do pracy, żeby spytać, co chce na obiad, na co ma ochotę. A on na to, że nie wraca - wspomina pani Elżbieta. - Z początku nie zrozumiałam, co do mnie mówi. Myślałam, że ma coś do załatwienia po pracy. A on po prostu nie wytrzymał i postanowił od nas odejść. Kilka dni później zjawił się tylko po to, by zabrać swoje rzeczy.

Zapach krwi i ojciec, który wraca tylko w snach

Agata przez pół roku krzyczała tatusiu. Wrzeszczała i wyła. Najczęściej w nocy, bo wtedy ojciec jej się śnił. Matka była bliska obłędu.

- Do końca życia tego jej krzyku nie zapomnę - mówi zapłakana. - Nie wiedziałam, co mam robić. Ona go bardzo kochała, była oczkiem w jego głowie. Wracał z pracy i brał ją na kolana. Głaskał i całował. Uwielbiała to. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ojciec nagle odszedł.


z archiwum prywatnego
Elżbiety Karasińskiej
Dwa dni po jego odejściu krzyczała tak głośno, że dostała krwawienia mózgowego. Krew lała się nosem, buzią i uszami. - Pamiętam jej zapach i kolor. Taki ciemny, brunatny. Nie wiem, jak wtedy udało mi się to krwawienie zatrzymać. Działałam jak w transie, automatycznie. Lekarz z pogotowia powiedział, że ludzie z takiego krwotoku nie wychodzą żywi, a ja jakoś ją uratowałam.

Dziewczynka trafiła do szpitala w stanie śmierci klinicznej. Nie chciała jeść i pić. Lekarze nie byli w stanie podłączyć jej kroplówki, bo pozapadały jej się żyły. Chciała tatusia.

- Stan córki był taki, że gdyby wtedy na moją prośbę mąż sam nie przyszedł, przyprowadziłaby go policja. Powiadomiłam ich - mówi pani Ela. - Wziął Agatę na kolana i nakarmił. Była taka szczęśliwa. Mąż przyszedł tylko dwa razy w szpitalu. Od ośmiu lat nawet nie dzwoni do nas. Lekarze powiedzieli, że szok którego Agata doznała, cofnął ją w rehabilitacji o kilka lat. Do dziś córka w snach woła ojca.

Cykanie świerszczy, piosenki wymyślanki i rewia mody

Agata nie siedzi, nie potrafi zapanować nad swoimi kończynami, które często z dużą siłą uderzają na wszystkie strony. Ma problemy z połykaniem. Często podczas jedzenia kaszle, dławi się i wymiotuje. Czasami dostaje skurczu i jedzenie wraca nosem. Jest całkowicie zdana na matkę, która czuwa przy niej dzień i noc. Robi co w jej mocy, by stworzyć Agacie namiastkę normalnego życia. Dziewczynka jest codziennie rehabilitowana, ma nauczanie indywidualne. Od wczesnych godzin porannych do 15 jej czas jest wypełniony co do minuty. Potem pani Ela zabiera córkę na spacer do lasu, bo Niunia - jak ją pieszczotliwie nazywa - kocha przyrodę. A i ona lubi pochodzić między drzewami i popłakać sobie trochę. Tylko tak żeby córka nie widziała.

Kiedy zostają w domu, śpiewa jej piosenki wymyślanki albo opowiada bajki, które Agata uwielbia. - Dzięki nim córka nauczyła się komunikować ze światem - mówi z dumą pani Ela. - Nucę popularne melodie i wymyślam różne historie. Dużo czytam jej na głos. Bez przerwy do niej mówię. Wieczorem oglądamy razem filmy. Na komediach chichra się tak głośno, że okna muszę zamykać! W ogóle Agata kocha się śmiać. Jak jesteśmy w sklepie, wygłupiam się i robię jej rewię mody. Potrafimy zaszaleć, a co!


z archiwum prywatnego
Elżbiety Karasińskiej
Ostatnio pani Ela kupiła świerszcze, bo córka lubi słuchać ich cykania. O kilku dni ma też małego pieska. - Nie siedzimy zamknięte w czterech ścianach i nie płaczemy, bo to bez sensu – mówi pani Elżbieta. - Tym bardziej, że Agata jest intelektualnie w pełni sprawna i lubi poznawać nowe miejsca. Ona mówi oczami, uśmiechem, językiem. Nie zdarzyło się jeszcze, by jej nie zrozumiała, nie wiedziała, o co jej chodzi. Ludzie radzili, bym ją ubezwłasnowolniła, ale ja tego nie mogę zrobić. Ona nie jest warzywem. Czuje, wie co się wokół niej dzieje. Mało tego - ma swoje zdanie. Jak się ze mną nie zgadza, ostro dyskutuje.

Kiedy w maju 2012 roku rodzice niepełnosprawnych dzieci protestowali przed kancelarią premiera, Agata była jedynym dzieckiem, które nocowało w namiocie.

- Walczyliśmy o podwyższenie świadczenia pielęgnacyjnego - wyjaśnia pani Ela. - Tusk do nas nie wyszedł. Nawet BOR-owcy przychodzili i mówili, że politycy powinni puknąć się głowę, bo za takie pieniądze nie da się żyć. Tym bardziej z niepełnosprawnym dzieckiem. Agata ani razu się wtedy nie poskarżyła. Znosiła niewygody i dobrze wiedziała, po co tam jesteśmy.

Samotna walka i krzyk desperacji. Zapraszam do mnie

Temat śmierci także pojawia się w rozmowach. Ostatnio, gdy razem odwiedziły grób matki pani Eli. Zawsze wtedy, niezależnie od pory roku, obowiązkowo trzeba zaintonować piosenkę Choinko zielona, bo Niunia lubi śpiewać ją babci.

Janusz
Świtaj
W 2007 roku jako pierwszy w Polsce złożył wniosek o zaprzestanie terapii utrzymującej go przy życiu. Po wypadku motocyklowym w 1993 roku był całkowicie sparaliżowany. Oddychał za pomocą respiratora. Na jego dramatyczny apel o śmierć odpowiedziała Anna Dymna, szefowa fundacji "Mimo wszystko". Podarowała Świtajowi wózek inwalidzki i dała pracę. W tym roku Pan Janusz rozpoczął studia na Uniwersytecie Śląskim. Wybrał psychologię. Dzięki zdobytej wiedzy chce pomagać innym.
- Ostatnio spytałam ją, czy na moim grobie też będzie ją śpiewała - mówi pani Ela. - Posmutniała wtedy bardzo i zasępiła się. Przecież nawet nie będzie kto miał jej na ten grób przywieźć...

Dlatego Elżbieta Karasińska nie boi się słowa eutanazja. Oswoiła je. Była świadkiem, jak przez wiele miesięcy w straszliwych męczarniach umierał syn jej koleżanki. Siedziała z nią w szpitalu i widziała jej potworne cierpienie. Dlatego wie, że nie będzie w stanie patrzeć, jak jej córka się męczy i kona. Gdy ból stanie się nie do wytrzymania, wie co zrobić. Będzie wtedy chciała eutanazji dla córki i siebie.

Wie także, że nie zostawi Agaty samej. I jeśli będzie trzeba, zabierze ją z tego świata ze sobą.
Raz już córka trafiła do ośrodka. Wyszła z siniakami, wybitym zębem i sączącą się raną po pachą. Potem za każdym razem, gdy widziała matkę wychodzącą z domu bez niej, wpadała w bezdech, bo bała się, że znowu trafi w to samo miejsce.

- Paradoksalnie to nie opieka nad ciężko chorym dzieckiem jest najtrudniejsza. To, co wykańcza i dobija to ta walka o godne warunki do życia - wdycha pani Ela. - Zmaganie się z codziennością: brakiem pieniędzy na leki, pampersy, jedzenie. Na wszystko. To ciągłe poniżanie się, wołanie o pomoc. I paraliżujący strach o przyszłość dziecka. To jest samotna walka w ciągłym stresie, którą toczę od wielu lat. Dlatego nie boję się prosić o prawo do eutanazji. To jest krzyk desperacji matki obdartej z godności. Matki, która wie, że po jej śmierci dziecko czeka męczarnia w jakimś stęchłym domu opieki, gdzie nie ma miłości i zrozumienia. Tych, którzy chcą mnie za to osądzić zapraszam do mnie. Doba spędzona w moim domu wystarczy, by może choć trochę zrozumieć to, co czuję i mówię.

Poproszę o śmierć. Nie ma innego wyjścia

Wiadomość o chorobie przyszła w najgorszym dla Marleny momencie. Była w ciąży. Czekała na narodziny upragnionego dziecka. Dlatego pierwsze objawy: osłabienie i zawroty głowy zupełnie zignorowała. Była pewna, że to przez ciążę jej organizm trochę szwankuje. Kacper urodził się, a jej stan z każdym dniem coraz bardziej się pogarszał. Zaczęła tracić przytomność, przewracać się na ulicy. Diagnoza była jak wyrok: stwardnienie rozsiane. Lekarze bezradnie rozłożyli ręce i nie pozostawili jej żadnych złudzeń: będzie jeszcze gorzej.


z archiwum prywatnego Marleny Ptak
W ciągu kilku lat z pogodnej, pełnej życia dziewczyny zmieniła się w schorowaną kobietę, zdaną zupełnie na opiekę matki. Choroba postępowała bardzo szybko. Najpierw jej nogi zrobiły się sztywne. Mogła chodzić jedynie opierając się o meble i ściany. Wkrótce jednak i to stało się niemożliwe. Przestała wstawać z łóżka, także ręce odmówiły posłuszeństwa. Nie była w stanie zajmować się synkiem, dlatego prawa rodzicielskie nad nim musiała przekazać matce.

Choroba jest nieuleczalna, leki mogą jedynie hamować jej gwałtowny rozwój. Marlena powinna ćwiczyć codziennie, ale na to potrzebne są pieniądze, których nie ma. Jej mama do tej pory spłaca pożyczkę, którą kilka lat temu zaciągnęła na zakup leków. W trójkę mieszkają w ciasnym, jednopokojowym mieszkaniu, które od lat prosi się o remont.

- Jaki sens ma takie życie? - mówi z trudem Marlena. - Proszę o śmierć, bo nie widzę innego wyjścia. Wiem, że w Polsce jest wiele osób przeciwnych eutanazji, ale oni wszyscy nie mają pojęcia, jak wygląda moje życie. Łatwo jest prawić o ideałach i o życiu jako o największej wartości, kiedy jest się zdrowym i szczęśliwym. Chcę jedynie uwolnić się od tego cierpienia.

Na żadną eutanazję ja się nie zgadzam!

Matka Marleny nie potrafi spokojnie słuchać, jak jej córka mówi o śmierci. Kiedyś razem wystąpiły w programie telewizyjnym. Pani Grażyna myślała, że będą rozmawiać o stwardnieniu rozsianym. A tu nagle prowadzący zaczyna mówić o apelu Marleny o eutanazję, który trafił do internetu.


z archiwum prywatnego Marleny Ptak
- Poczułam, jakbym dostała z pięści prosto w twarz. To był szok - mówi Grażyna Ptak. - Nic o tym nie wiedziałam. Marlena napisała te słowa, kiedy jeszcze potrafiła ruszać rękami. Ona wie, że ja się na żadną eutanazję nie zgadzam. Jest ciężko, ale to moje dziecko. Nie mogę chcieć dla niego śmierci. Jest Kacper, ma dla kogo żyć - z trudem powstrzymuje łzy.

To ona ogarnia ich wspólne życie. Rano sadza córkę na wózku i przypina ją pasami, żeby nie spadła, potem karmi i wyprawia Kacpra do szkoły. Odprowadza go i biegnie do domu, by ugotować obiad i zająć się córką. Po południu odbiera wnuka i razem pędzą do domu, bo Marlena nie powinna być sama. I tak codziennie. Co będzie, gdy i jej sił zabraknie?

- Staram się o tym nie myśleć, żyję z dnia na dzień. To jedyne wyjście - wzdycha ciężko. - Rozumiem Marlenę, wiem że jest jej ciężko, ale nigdy nie poprę jej w sprawie eutanazji. Przecież nie po to daje się życie, by je odbierać.

Oszczędności życia na rehabilitację i leczenie

Bożena Reisch nie jest jeszcze tak zdesperowana, by prosić o eutanazję dla syna, ale w czerwcu zorganizowała protest pod Sejmem, w którym rodzice niepełnosprawnych dzieci domagali się prawa do godnej śmierci.


z archiwum prywatnego Bożeny Reisch
- Takich apeli będzie coraz więcej, bo ludzie nie wytrzymują psychicznie - ocenia kobieta. - Eutanazja nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Jest wołaniem o pomoc. My, rodzice chorych dzieci pracujemy 24 godziny na dobę: bez wypoczynku, urlopu czy zwolnienia lekarskiego. Od lat walczymy o uzawodowienie naszej pracy, bezskutecznie. Kiedy rodzi się ciężko chore dziecko, rodzic nie dostaje nawet psychologicznego wsparcia, które w takim momencie jest najważniejsze. O wszystko trzeba walczyć samemu. Dlatego wychodzimy na ulicę i wołamy o eutanazję - wyjaśnia.

Jej 16-letni syn Maciek cierpi na miopatię cetronuklearną. To bardzo rzadka choroba polegająca na niedorozwoju mięśni. Jej konsekwencją są przykurcze i niedowład kończyn. Chłopiec przyszedł na świat w 30 tygodniu życia. Jego stan po urodzeniu był skrajnie ciężki. Nie oddychał samodzielne, konieczne było przetoczenie krwi. Walka o jego życie trwała przez kilka miesięcy. Rodzice mogli zabrać Maćka ze szpitala dopiero kiedy miał osiem miesięcy. Na jego rehabilitację i leczenie wydali oszczędności swojego życia. Pani Bożena musiała zapomnieć o pracy i całkowicie poświęcić się opiece nad chorym synem. Chłopiec niedosłyszy, bo z powodu miopatii często chorował na zapalenie ucha. Jest także upośledzony umysłowo. Rodzice jednak stają na czubku głowy, by Maciej stawał się coraz bardziej samodzielny, nie siedział w domu odizolowany od świata.

- Woziliśmy go przedszkola, codziennie 65 km, żeby miał kontakt z rówieśnikami. Teraz chodzi do integracyjnej szkoły - mówi Bożena Reisch. - A ja razem z nim, bo wymaga stałej opieki. Jestem z nim na każdych zajęciach. On uwielbia się uczyć, cieszy się na każde spotkanie z kolegami.

Kilka głębokich oddechów i 30 ton nakrętek

Najgorsze są dni, kiedy Maciek przyjeżdża do szkoły i okazuje się, że któregoś z jego przyjaciół już nie ma. Wtedy jest ciężko. Po śmierci najlepszego kolegi Maciek tak się załamał, że przez ponad rok nie chciał ćwiczyć.

- Zapadł się - opowiada matka. - Ciągle pytał: dlaczego? Mówił, że życie nie ma sensu. Podczas zajęć z rehabilitantką nie współpracował. Przez rok wyciągaliśmy go z mężem z tego dołka. To był strasznie trudny czas.


z archiwum prywatnego Bożeny Reisch
Chwile załamania? Pani Bożena mówi, że ma je bez przerwy, bo takie jest życie z niepełnosprawnym dzieckiem. Największa była wtedy, gdy po zachłyśnięciu syn trafił na OIOM. Siedziała przy nim dzień i noc. Wtedy coś w niej pękło. Wróciła do domu i rozpadła się na kawałki. Płakała do rana, mówiła, że dłużej nie da rady. A potem wzięła kilka głębokich oddechów i wróciła do szpitala.

Dziś żyją... zbieraniem nakrętek. Potrzeba ich 30 ton, żeby Maciek dostał nowy, elektryczny wózek. Od stycznia zebrali jedną trzecią. Jeszcze dwa lata i wózek będzie. Każdego dnia pani Bożena wsiada w samochód i robi objazd. Zbiera worki z nakrętkami, potem segreguje je i liczy.

- Trzeba mieć stalowe nerwy, żeby to wszystko przetrzymać i nie oszaleć - przyznaje. - Nie poddać się. Dlatego nie potępiam tych, którzy mówią o eutanazji i mają zwyczajnie dosyć. Nie jesteśmy cyborgami.

Hipokryzja sprawia, że nie stać nas na poważną debatę o eutanazji

Wojciech Strozyk/REPORTER
prof. Jan Hartman, bioetyk, filozof:
Każdy przypadek człowieka, który domaga się, by go uśmiercono, należy rozpatrywać odrębnie, i to z wielką ostrożnością. Hurtowe potępianie eutanazji i osób, które śmierć zadały, jest po prostu głupie. W Polsce istnieje pusty, nic nieznaczący zakaz eutanazji. Zresztą nie jest to jedyny pusty przepis w naszym kraju, jest ich całe mnóstwo. Nie można zamykać oczu i udawać, że eutanazji nie ma. Ona jest. Mamy jednak kraje takie Belgia i Holandia, które są etycznie dojrzałe i uregulowały kwestie związane z eutanazją, dzięki czemu jest ona pod kontrolą państwa. W Polsce hipokryzja jest tak duża, że nie zezwala się nawet na przeprowadzenie badań socjologicznych, dotyczących tego problemu. Kościół uważa bowiem, że ich przeprowadzenie mogłoby doprowadzić do legalizacji eutanazji. Polska nie będzie ani piątym, ani dziesiątym krajem, który zajmie się tym tematem. Pewnie tak jak w przypadku związków partnerskich lub in vitro, także i w tej sprawie okażemy się na tle Europy maruderami. Podjęcie dyskusji o eutanazji jest jednak nieuniknione.

Katarzyna Kalus

2014-03-24 06:40:00

Tagi:

dziecko,

choroba,

śmierć,

rodzice,

eutanazja

Komentarze

  • 15.10.13, 08:26:49

    ~Vlad palownik napisał(a):
    śmierć zwolennikom śmierci.
    To chyba sprawiedliwe, prawda?
  • 15.10.13, 08:54:28

    ~Ceres napisał(a):

    ~Vlad palownik napisał(a): napisał(a):



    śmierć zwolennikom śmierci.
    To chyba sprawiedliwe, prawda?

    Śmierć głupim :)
    Głupota to grzech cięzki...
  • 15.10.13, 10:27:14

    ~fuj,degeneracja napisał(a):
    Dziwne to społeczeństwo,które opiekuje się,karmi i leczy darmo zbrodniarzy w więzieniach a inwalidom sprzedaje wózki w cenie dobrego samochodu .
  • 15.10.13, 19:52:27

    ~mona1255 napisał(a):

    ~fuj,degeneracja napisał(a): napisał(a):



    Dziwne to społeczeństwo,które opiekuje się,karmi i leczy darmo zbrodniarzy w więzieniach a inwalidom sprzedaje wózki w cenie dobrego samochodu .



    Jest u nas wiele dziwnych spraw. Alkoholik, byle menel zawsze dostanie wsparcie w MOPS-ie, bo jest biedny, niczego nie ma (bo już zdążył przepić), a jak samotna matka idzie po dofinansowanie do leków (których cena wynosi ok. 1500 zł. miesięczni) dowiaduje się, że nie dostanie ani złotówki, bo jej dochód przekracza minimum socjalne, a dotacji do czynszu też nie dostanie, bo jeszcze może sprzedać telewizor i parę innych rzeczy.
  • 18.10.13, 19:26:50

    ~to mój podpis nie może byc zajęty anna napisał(a):
    LUDZIE POCAŁOWANI PRZEZ PANA BOGA...i niczego tu już nie należy dodawać....
  • regina_24

    18.10.13, 20:42:21

    regina_24 napisał(a):
    rozumiem ich chęć eutanazji... większość ludzi pewnie nie mysli nawet jak wygląda życie z niepełnosprawnym dzieckiem/ członkiem rodziny, którym trzeba się non-stop opiekować, ja kiedyś już o tym myślałam ,bardzo podziwiam opiekunów, musi to być bardzo trudne na codzien... Czytając jednak ,że najgorsze dla nich to 'przetrwanie' w naszym kraju bo nie mają szansy na godny życie z takimi wydatkami, jest największym bólem. ja juz wyjechałam, mam dwie ręce,moge pracować za granicą. Szczerze współczuje tym, którzy muszą pozostać w tym chorym państwie jakim jest polska ( celowo mała litera), w którym wszystko jest na odwrót, jest nielogiczne i bez zasad. Przykladow jest mnostwo, poniżej z więzieniami i pomocą społeczną , niedawno z tym że trzeba bylo kibiców eskortowac a pasazerowie musieli sie przesiasc i stać, bo przeciez kto jest ważniejszy. Są pieniądze na głupoty i rozpuste politykow, nie ma na godne zycie. Bardzo współczuje ze ktoś musi mierzyć sięz myślami o eutanazji, a po drodze w tym durnym państwie jeszcze kościól sie wypowiada, jak zwykle wiedząc wszystko najlepiej. Mam nadzieje ze to panstwo upadnie i bedziemy pod zaborami. pozdrawiam
  • 20.11.13, 11:57:09

    ~Ksawery2 napisał(a):
    To jest straszne nie do zniesienia - ten kto tego nie przeżył nie zrozumie nigdy - rozpacz - rozpacz - rozpacz - rozpacz rozpacz - rozpacz ........................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... .
    !
  • 24.03.14, 13:28:58

    ~dsafsadfsadf napisał(a):
    Wara od moich pieniędzy, to jest sposób na życie , nierobów którym nie chce się iść do pracy.