Wywiady i reportaże "Nie jestem cyborgiem do czytania wiadomości". Beata Tadla na antenie potrafi rozpłakać się, albo wy...

"Nie jestem cyborgiem do czytania wiadomości". Beata Tadla na antenie potrafi rozpłakać się, albo wybuchnąć śmiechem. Bo uważa, że telewidz jest mądry

"Nie jestem cyborgiem do czytania wiadomości". Beata Tadla na antenie potrafi rozpłakać się, albo wybuchnąć śmiechem. Bo uważa, że telewidz jest mądry [fot: Diana Domin/East News]

Porzuciła TVN dla TVP. Rozstała się z mężem. - Nie po raz pierwszy zaczynam wszystko od nowa. Ale w życiu to właśnie zmiany nas kształtują - mówi Beata Tadla, znana dziennikarka. Marzyła o aktorstwie, ale jako nastolatka, trafiła do legnickiego radia. W mediach pracuje do dziś. I wystawia im zdecydowaną diagnozę. Co sądzi o współczesnej telewizji i radiu, co było najtrudniejsze w jej karierze, kto inspiruje ją do pisania książek i dlaczego mówią o niej Tadla społecznica? O tym i nie tylko opowiada nam w rozmowie z iWoman.pl.

Jak wyglądałoby życie Beaty Tadli, gdyby nie została dziennikarką telewizyjną?

Beata Tadla:

(śmiech) Nie myślałam o tym, co mogłabym robić innego. Tak bardzo lubię dziennikarstwo, że nie rozważałam innej opcji. Jednak niedawno miałam przygodę. Po locie samolotem przestałam słyszeć. Musiałam jechać do szpitala. I wtedy przyszła mi do głowy myśl: co, jeśli straciłabym słuch na zawsze? Nie mogłabym pracować. Bo akurat zajęcia, zawody, które się wokół mnie kręcą, czyli dziennikarstwo i to z marzeń z dzieciństwa - aktorstwo - oba są związane ze słuchem. Dopiero w takich sytuacjach zaczynamy się zastanawiać nad tego typu rzeczami. Nie wiem, co mogłabym robić... Mówiąc jednak o wyborach z przeszłości, jeśli nie zostałabym dziennikarką, zdawałabym do Akademii Teatralnej i być może byłabym teraz aktorką.

Jednak wciągnęło Panią tak bardzo w dziennikarstwo. To prawda, że przez przypadek?

Miałam wtedy 16 lat i roznosząc gazety, dowiedziałam się, że tworzy się w Legnicy radio. Poszłam na casting i zostałam przyjęta. Zaczynałam w 1991 roku, kiedy rynek dziennikarski był kompletnie nieuregulowany. Wtedy tworzyliśmy nowe media, bo te reżimowe musiały odejść. Ale tam każdy z nas uczył się zawodu. To było jak eksperyment na żywym organizmie.

Opowiadała Pani kiedyś, że na początku wiele informacji powstawało ze słuchu...

(śmiech) Tak , to prawda. Na początku tak było. Wtedy nikt nie wiedział, że takie podsłuchiwanie radiowej Trójki czy innych rozgłośni i spisywanie tego na kartkach, a potem czytanie, to była zwykła kradzież. Nie myślało się o prawach autorskich. Nie było komputerów ani internetu. Źródłem informacji była na przykład telegazeta (śmiech). Jak mogliśmy tworzyć radio nagrywając na kasety! Dziś niewyobrażalne... Potem trzeba było to zmontować przegrywając na drugą kasetę w magnetofonie z pauzą mechaniczną i z takiego nośnika emitować w studiu. Minęły jedynie dwie dekady, a technologicznie jesteśmy lata świetlne dalej. Młodzież, która wchodzi w ten zawód, nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłaby pracować tylko za pomocą magnetofonu, kasety, długopisu, kartki i do tego bez internetu. Jednak tamte doświadczenia dla mnie to wielki kapitał.


Jankowski/Reporter/East News
I on zatrzymał Panią w zawodzie?

Urzekło mnie to, że mogę informować. A to - w mniejszym lub większym stopniu - wpływa na życie ludzi. Szczególnie jest to pociągające, gdy mogę przekazywać dobre rzeczy. Nawet jeśli jestem tylko pośrednikiem. Czasem dziennikarz pomaga objaśnić, przybliżyć, wytłumaczyć różne zjawiska. Ta świadomość jest swego rodzaju odpowiedzialnością, rodzajem misji nawet. Bardzo mocno uderzyło mnie to podczas katastrofy smoleńskiej.

To był najtrudniejszy moment w pracy?

Tak, w całym moim zawodowym życiu, powiedziałabym, że to moment zwrotny, choć wcześniej i później przeżyłam na antenie wiele smutnych i tragicznych wydarzeń. Niektórzy o śmierci swoich bliskich dowiedzieli się z telewizji, z naszego programu... W katastrofie smoleńskiej zginęło wiele osób, które znałam osobiście, z niektórymi widziałam się, rozmawiałam się kilka dni wcześniej. I po tym wszystkim, zamiast stwardnieć, zbudować w sobie jakiś pancerz, zmiękłam kompletnie. Każdą dramatyczną sytuację przeżywam jeszcze mocniej.

Niektórzy twierdzą jednak, że dziennikarz prezentujący wiadomości powinien być jak maszyna.

To fakt. Jest takie przekonanie, że dziennikarz powinien informować z kamienną twarzą o wydarzeniach. Właśnie po katastrofie smoleńskiej odezwało się wielu teoretyków, medioznawców - mówię o nich: gadające głowy - którzy twierdzili, że nie powinniśmy byli pokazywać żadnych emocji.

Na przykład nie pokazywać łez?

No właśnie. Ale niech dadzą jakiś punkt odniesienia z przeszłości. Nie ma go! To było tak tragiczne zdarzenie, które ciężko do innych porównywać. Zarzucano nam, że byliśmy zbyt wylewni. Odpowiadam im: usiądźcie chociaż na 5 minut na antenie na żywo, kiedy wszyscy patrzą, a my musimy mówić o trudnych rzeczach i jeszcze dobrze wyglądać, zadawać pytania, prowadzić program i jednocześnie udawać, że to trafia gdzieś obok nas, a nie do środka. Bez emocji mogę mówić o expose premiera, o wynikach wyborów, ale nie o krzywdzie człowieka.

Mam dwa przykłady ze swojej pracy, oba na przeciwnych biegunach. Jeden to właśnie katastrofa smoleńska, kiedy popłynęły mi łzy i załamał się głos. A druga, kompletnie inna, związana ze skrajnie różnymi emocjami, to sytuacja, kiedy popłakałam się ze śmiechu na antenie. Jakub Porada przytoczył w przeglądzie prasy artykuł, jak kot przygarnął zajączka, a opiekowała się nimi weterynarz Wydra... Zrobił to w tak sugestywny sposób, że wszyscy płakaliśmy ze śmiechu. Ale tylko ja i Kuba byliśmy wtedy na wizji. On skończył i zostawił mnie ugotowaną. Wtedy przyszło mnóstwo listów w stylu o rany, to pani nie jest cyborgiem. To były autentyczne przeżycia, nikogo nie udawałam. Nie wierzę w to, że można kompletnie bez emocji pracować w takim medium, jakim jest telewizja.



Nie tylko telewizję zna Pani od podszewki, ale i radio. W kilku stacjach przepracowała Pani, w sumie kilkanaście lat. Które medium jest Pani bliższe, które trudniejsze i dlaczego?

Gdyby nie radio, nie umiałabym się odnaleźć w telewizji. W radiu nauczyłam się malować słowem, dowiedziałam się, jak można poruszać wyobraźnię. Bo jak, na przykład, przedstawić śmiałka, który zamierza skoczyć z wysokości 36 kilometrów, jak opisać wybuch wulkanu, katastrofę kolejową? Trzeba to tak sprawnie, sugestywnie zrobić, by słuchacz mógł zobaczyć wydarzenie. Natomiast telewizja jest medium mniej wymagającym, rozleniwiającym – i dla odbiorcy i dziennikarza. Czasem wystarczy tylko pokazać obrazek i nie przeszkadzać widzowi w jego odbiorze, dotykaniu. Proszę też zwrócić uwagę na to, jak zmieniło się pokazywanie świata odkąd istnieją telewizje informacyjne. Na przykład powódź. Ta z 1997 miała większą skalę , ale wtedy telewizyjny helikopter nie pokazywał z góry ogromu zniszczeń, ludzi na dachach itd. Gdy pracowałam w radiu, szłam na konferencje prasową, z której robiłam relację i tyle. A teraz? Konferencje stały się wydarzeniami. W Sejmie powstała nawet specjalna sala! Politycy przynoszą gadżety, robią prezentacje, serwują show, bo wiedzą, że idą na żywo.

Samo radio też się bardzo zmieniło. Coraz mniej w nim żywego słowa, audycji autentycznie tworzonych, autorskich.

Jest coraz mniej prawdziwego słowa. Nie jestem już w stanie słuchać rozgłośni, które serwują muzyczną rąbankę. Radio jest sformatowane, tak to się nazywa. Kiedyś prezenter zagadywał utwory i kompletnie mi to nie przeszkadzało, do dziś dźwięczą mi w uszach słowa Marka Niedźwieckiego, który wtrącał się podczas kawałków muzycznych. Dziś radiowiec ma tak mało czasu na wejście, że musi się potwornie spieszyć, ten czas ma skrupulatnie wyliczony, więc najczęściej pisze sobie wcześniej tekst. Dla mnie to jest nienaturalne, słyszę sztuczność, niestety... Nie ma miejsca na dawną magię, na autentyczne mówienie do słuchacza. Z tych powodów słucham jedynie radiowej Jedynki i TOK FM. Za Jedynkę dałabym się pokroić (śmiech). Tam odnajduję radio, które znam od dzieciństwa i akceptuję. Ono mi objaśnia przeróżne zawiłości, opowiada o rzeczach ciekawych w niezwykle przystępny sposób, tłumaczy, mówi do mnie. Jeśli chcę posłuchać ulubionej muzyki, włączam płytę lub mp3. Radio musi do mnie przemawiać.


Sejm na Fali na Skuterach Wodnych
Gdańsk Brzezno, lipiec 2011
(fot. Wojciech Strozyk
/Reporter/East News)
Od widzów dostaje Pani wiele maili, wiadomości. Nie przeraża Pani czasem to jak wielki wpływ na ludzi może mieć telewizja?

Jestem idealistką. I wierzę w mądrość widzów. Gdybym myślała, że robię program dla ludzi ograniczonych, to moja praca nie miałaby sensu. Oczywiście spotykam się z różnymi reakcjami. Na przykład taką, że telewizja to tak strasznie manipuluje ludźmi. Pytam wtedy: kiedy dokładnie, proszę o przykład? Zazwyczaj nie słyszę wtedy konkretu. Bo to są tylko slogany gdzieś zasłyszane, schematy powtarzane bezrefleksyjnie. Świadomy widz zdaje sobie sprawę z tego, że stacje, gazety, publicyści pokazują nie prawdy objawione czy powszechnie obowiązujące, tylko jakąś część rzeczywistości, wycinek, punkt widzenia. A my, odbiorcy, mamy prawo z całego wachlarza informacyjnego wybierać to, co jest dla nas dobre, sami o tym decydujemy, nikt za nas nie myśli. To znaczy nie powinien... Jeśli ktoś jest mądry, ma szerokie horyzonty, nie będzie się czuł manipulowany, bo jest świadomy.

A to, że czasem u Pani poszukują wsparcia osoby, którą znają Panią tylko ze szklanego ekranu. Nie przeraża?

To jest bardzo smutne. To pokazuje, jak ludzie potrafią być czasem bardzo zagubieni. Bo zamiast zwracać się z tym do osób, które im są naprawdę bliskie, szukają wsparcia u osoby, którą znają ze szkiełka. Czasem jest też złudne przekonanie, że telewizja może nam coś załatwić. Oczywiście i to się zdarza. Bo na przykład dostajemy mail, listy, że dzieje się coś złego. Okazuje się, że na podstawie takiego human story, znajdujemy jakiś błąd systemowy, który powinien zostać naprawiony. Ale nie jesteśmy w stanie zaopiekować się każdym, kto został źle potraktowany w urzędzie albo nie dostał się do lekarza. Otrzymuję przeróżne prośby: proszę mi załatwić miejsce w klinice, albo spowodować, że dostanę się na audiencję u prezydenta. Odpisuję, że to niemożliwe, a moja praca w telewizji jest jak każda inna, nie daje mi jakichś specjalnych uprawnień do załatwiania miliona potrzeb. Nie jestem w stanie za przyciśnięciem jednego guzika, sprawić że wszyscy zdrowieją, a inni mają wstęp do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Niestety, potem zdarza się, że dostaję maile w stylu – ty szmato, ty suko, wiedziałem że jesteś egoistyczna. I tutaj skóra słonia by się przydała. To fakt.

Jest Pani teraz w zwrotnym momencie życia. Rozstała się Pani z mężem. Odeszła z TVN24. Od stycznia zacznie Pani pracę w TVP. Jednak podkreśla Pani, że nie boi się zmian. Są w życiu konieczne?

One nas kształtują. Jestem przekonana, że gdyby nie moja zmiana w życiu prywatnym, to pewnie bym odkładała albo nigdy nie zdecydowała się na zmianę pracy. Kilka razy zaczynałam wszystko od nowa. Kiedy przyjechałam do stolicy w 1996 roku, kompletnie nikogo tutaj nie znałam. Pomimo że w Legnicy miałam bardzo dobrą pozycję, byłam rozpoznawalną osobą. Chciałam czegoś więcej, dalej się rozwijać i zaczęłam wszystko od zera. Tak samo jak wtedy, kiedy odeszłam z radia i zaczęłam pracę w TVN. Wówczas moja pierwsza pensja stanowiła jedną piątą tego, co dostawałam w radiu. Usiadłam obok praktykantów, stażystów i uczyłam się montażu. Ale kompletnie mi to nie przeszkadzało.

Teraz też w pewnym sensie, zaczynam od początku. Ten obecny, przymusowy urlop związany z zakazem konkurencji dał mi naprawdę wiele. Prawdopodobnie do 67 roku życia już nigdy nie będę miała tak długich wakacji. (śmiech) To był też czas nabierania dystansu do świata i do samej siebie, szukania nowego spojrzenia. Teraz zaczynam nową przygodę. I nie będę się przejmować złośliwymi, bezmyślnymi komentarzami internautów, takimi jak ten, że Tusk potrzebuje dobrego PR dla swojego rządu, dlatego Tadla przeszła do publicznej telewizji albo że pochodzę z żydowskiej, bardzo wpływowej rodziny, która mnie windowała do góry przez całe życie. Nie wiem, co jeszcze ludzie wymyślą... Muszą mieć naprawdę dużo czasu.


fot. Jakub SZAMETO/East News
Ciężko było się pożegnać z TVN?

Ciężko. To miejsce, które było dla mnie największą szkołą dziennikarską. Czym innym jest prowadzenie Faktów, to nie jest wielkie wyzwanie dziennikarskie. Natomiast kiedy pracuje się w TVN24, w każdej chwili może zmienić się ramówka, bo dzieje się coś ważnego i trzeba być w pogotowiu. Wtedy dziennikarz na antenie staje się stacjonarnym reporterem, musi szybko reagować, na bieżąco zadawać pytania. A wszyscy patrzą... Muszę poradzić sobie z emocjami, stresem, odpowiedzialnością. Kiedyś pewien profesor na antenie mnie zrugał, że zadaję ignoranckie pytania, bo nie znam matematyki i nie wiem, czym jest jakiś logarytm, wedle którego mierzy się skażenie po wybuchu jądrowym. A przecież właśnie po to był zaproszony jako ekspert, żeby to wytłumaczył. Dziennikarz to osoba nieustająco ciekawa świata, nie musi znać się na wszystkim, musi umieć pytać, bo wie, że odpowiedź ważna jest dla odbiorcy. To na marginesie...

Bardzo trudno było mi odejść. Ale dostałam propozycję pokazania się częściej na antenie, zrobienia czegoś, na co w Faktach nie miałabym szansy, czyli wydań specjalnych z przeróżnych miejsc czy materiałów. Przyszedł też taki moment, że byłam już zmęczona tym, że to co przygotowaliśmy przed wejściem na antenę, może pójść nagle do kosza. Bo na przykład Ziobro napisał list do Kaczyńskiego. I w ostatniej chwili okazywało się, że następuje drastyczna zmiana ramówki - zamiast pokazać coś wartościowego, na co cały zespół pracował przez cały dzień, musiałam na przykład przez godzinę rozmawiać z Ryszardem Czarneckim i innymi politykami, którzy komentowali ten list... To nic nie wnosi i nie zostawia żadnych wniosków. Wystarczy na to poświęcić kilka minut, a nie kilkadziesiąt.

Kiedyś dostała Pani wiadomość od młodej dziewczyny, która napisała, że chciałaby tak, jak Pani czytać z promptera informacje, że to jej marzenie.

(śmiech) Tak to prawda. Dostałam taki mail. Musiałam wytłumaczyć jej, że moja praca nie polega na czytaniu z promptera i ładnym wyglądzie, że to inaczej i znacznie więcej. To, że jestem dzisiaj w tym miejscu, kosztowało mnie bardzo wiele wyrzeczeń i pracy, wysiłku, że wynika to z 20 lat mojej ciężkiej roboty. Prompter to nie jest jakaś magiczna skrzynka, samoczynnie wypełniona wiedzą. To jest tylko kolejne narzędzie pracy. Te informacje sama sobie wpisuję. A potem je czytam. Równie dobrze mogłabym napisać to wszystko na kartce i czytać z kartki. Jednak wtedy nie patrzyłabym widzom w oczy, a przecież chodzi o to, byśmy mieli lepszą wzajemną komunikację.

Poza telewizją pisze Pani książki, m.in. o życiu w PRL-u. Do ich powstania zainspirował Panią syn?

Pierwsza książka (Pokolenie '89) powstała, by pokazać jak wyglądało dzieciństwo mojej generacji w PRL-u i to, jaki miało wpływ na nasze dalsze życie, na wykorzystywanie szans, które pojawiły się po transformacji ustrojowej, jak poradziliśmy sobie już w wolnej Polsce. Trzecią książkę (Niedziela bez Teleranka) robiłam po to, by wskazać różnice w codzienności dwóch światów na przestrzeni trzydziestu lat, od wprowadzenia stanu wojennego do czasów obecnych.


Beata Tadla z synem
(fot.VIPHOTO/East News)
Pomysł wziął się właśnie stąd, że na jednej z wystaw o PRL-u syn zapytał mnie gdzie maszyna do pisania miała wyświetlacz. Wtedy pomyślałam, że dobrze byłoby pokazać jak zmieniło się nasze życie w przeróżnych jego branżach, jak wyglądał aparat fotograficzny, maszyna do pisania, pralka, mieszkania, ulice, kuchnia itd. wtedy i jak to wszystko wygląda dziś. Z kolei przygotowując się do drugiej książki (Kto pyta, nie błądzi) zabrałam dziewięciolatki, bo Janek miał wtedy tyle lat, do ludzi starszych, którzy mają na swoim koncie rzeczy wielkie. Pojechaliśmy między innymi do Lecha Wałęsy, do Ireny Szewińskiej, Mirosława Hermaszewskiego, Krystyny Loski, Małgorzaty Niezabitowskiej... Dzieci miały okazję zadawać im pytania. Rozmawialiśmy o tym jak łapać marzenia, jak pokonywać słabości, jak przekraczać granice i jak wbijać się w świadomość na dłużej.

To fakt, że te książki były dla syna. Ja po prostu nie mogę nacieszyć się macierzyństwem. To jest niezwykłe, ile ja uczę Janka i on uczy mnie. My dorośli, zapominamy o wielu rzeczach, w pędzie, chęci bycia szalonymi, kontrowersyjnymi. Za wszelką cenę chcemy być JACYŚ. Choć boimy się banału, to jednak na końcu dochodzimy do prostych stwierdzeń. Bo banał, to nic innego jak prosta prawda, której wszyscy bardzo potrzebujemy.

Czyli powroty do PRL-u to nie tylko sentymentalna podróż? Czuje Pani jeszcze ten PRL w sobie?

Wierzę głęboko, że dzieciństwo w czasie szarym i trudnym dla nas, jest moim kapitałem, cennym odniesieniem do dzisiejszego życia. Nie potrafiłabym się cieszyć wieloma rzeczami, które mam obecnie, gdybym nie doświadczyła ich braku. Być może właśnie to dzieciństwo tak mnie ukształtowało, że jestem niepoprawną optymistką, nie narzekam, cieszę się z tego co mam i wierzę w ludzi. O PRL-u mówi się na dwa sposoby – o dobrych strajkujących i o złych esbekach, o walce opozycji z reżimem, o kolejkach, trudnościach życia codziennego, itd. Zapomina się o dzieciach, dzisiejszych niemal czterdziestolatkach. A my wtedy tworzyliśmy własny świat, jakoś musieliśmy się odnaleźć.

Czym różni się pokolenie `89 od młodszych? To pytanie zadawała Pani niemal każdemu z bohaterów swojej pierwszej książki. Szczęśliwsi od ludzi, którzy dzieciństwo spędzili w PRL-u?

Są inni. Ani gorsi ani lepsi. Inni. Na pewno nie można uogólniać, wartościować. Oni żyją w innym ustroju, bardziej rozwiniętym technologicznie świecie. My wchodziliśmy na rynek pracy, sami tworzyliśmy zawody, których w czasach słusznie minionych po prostu nie było. W mediach i innych profesjach jeszcze nie zdążyliśmy się zestarzeć, okupujemy stanowiska, dlatego tym młodym, jest z pewnością trudniej. Myślę, że będziemy pierwszym pokoleniem tzw. silverheadów, których zmarszczki i siwe włosy będą wartością. Jak się ogląda zachodnie telewizje, widać prezenterów, którzy mają po 60 lat. Posiadają ogromne doświadczenie, wiedzę i do rozmowy startują z zupełnie innej pozycji.

Młodzi czasem są niecierpliwi. Widziałam to na przykład podczas zajęć ze studentami. Im się wydaje, że telewizja jest w stanie zapewnić szybką i łatwą karierę. Chcą, by coś działo się już i teraz. Jednocześnie dają mało od siebie. Oczywiście nie wszyscy. Wielu moich studentów ceniło historię, tradycję, chciało mieć świadomość tego, co nas kształtuje. Była też część, która chciała być kontrowersyjna za wszelką cenę, chciała mnie czymś zaszokować, że aż czasem mi słabo było. Bywało, że ich wiedza historyczna nie sięgała dalej niż rok 2004... Dla mnie smutne było to, że studentka nie wiedziała, co się wydarzyło 4 czerwca 1989 roku. Czasem słyszę, że wiedza jest zbędna, skoro istnieje Google. Super... Ale i z tego narzędzia nie zawsze umie się korzystać.


Noworoczny obiad z gwiazdami, styczeń 2012,
na zdjęciu Beata Tadla z Mariuszem Czerkawskim
(fot. Fotek/Reporter/East News)
O czym będą następne publikacje?

Chciałam zrobić wywiad rzekę z jedną z ciekawych i ważnych osób, niestety ostatecznie nic z tego nie wyszło. Ale mam kolejne pomysły. Marzę o albumie, który pokaże, jak bardzo potrafimy być okrutni w internecie. Chciałabym zebrać ludzi, którzy opowiedzą o tym, jak doświadczyli sieciowej, nieuzasadnionej nienawiści. Bo to niestety jest zjawisko powszechne, niepokojące, złe.

Mówią: Tadla - społecznica. Wzięła Pani udział w akcji Pier(w)si w Polsce, adopcji na odległość czy dawca.pl. Co to Pani daje?

Nie wiem, czy to musi dawać mi samej cokolwiek. To wynika z tego, że skoro jestem osobą rozpoznawalną i mój głos waży trochę więcej niż zwykłego Kowalskiego, to powinnam go wykorzystywać w dobrej, słusznej sprawie. Mam nadzieję, że jeśli ja i inni, pokażemy, że warto się badać, by wygrać z ewentualnym rakiem piersi albo że warto być potencjalnym dawcą szpiku, to dotrzemy do szerszego grona odbiorców. Dlatego angażuję się w różne akcje. Niestety to czasem jest odbierane jako lans. To kompletny brak zrozumienia.

Największy sukces to...?

Mój syn! Kontakt z nim, rozmowy, to, jaki jest. Jestem przekonana, że nie byłabym tą samą osobą, gdyby nie on. Powtarzam mu często, że jestem starsza i dzięki temu, że więcej doświadczyłam, widziałam mogę mu przekazać jakąś wskazówkę. On oczywiście ma swoje zdanie, racje, które są i dla mnie pouczające. Nigdy nie był jakimś gorącym kartoflem, który był podrzucany, bym ja mogła mieć trochę czasu dla siebie. Przeciwnie. Mam wrażenie, że z nim i dzięki niemu mogę zrobić zdecydowanie więcej. Chcę, by miał ślad po mnie, chociażby w postaci tych książek, które powstały z jego inspiracji. Zawodowo? Dla mnie miarą sukcesu nie jest pokazywanie się na ekranie. To jest dopiero początek czegoś. Przeżyć tam, utrzymać się i dostać od widzów zielone światło, że to co robię jest dla nich dobre. Wtedy tak, to jest sukces. Jednak wiem, że nie zdobędę uznania wszystkich, bo to niemożliwie. Wyleczyłam się już z syndromu prymusa...


rozmawiała Anna Frankowska

2012-10-15 06:00:16

Tagi:

tvn,

książki,

tvp,

wywiad,

beata tadla

Komentarze

  • Pozyczka gotowkowa

    16.10.12, 10:48:35

    Pozyczka gotowkowa napisał(a):
    Uwielbiam i zawsze będę uwielbiał Panią Beatę!!!
  • beaciunia

    16.10.12, 15:04:17

    beaciunia napisał(a):
    bardzo fajny wywiad i bardzo pozytywna is szczera kobieta, az się miło czytało, oby wiecej takich tekstów!
  • 17.10.12, 11:28:26

    ~bho napisał(a):
    Świetna rozmowa! Gratuluję Pani Frankowskiej i Pani Tadli. Spokojna, rzeczowa, niebanalna. Po prostu się czyta i już!
  • 22.10.12, 19:27:40

    ~sfre5 napisał(a):
    OSTATNIO NA FORACH INTERNETOWYCH POJAWIAJĄ SIĘ TEGO TYPU KOMENTARZE: „CZY INTENSYWNE REKLAMOWANIE MODY NIE MA NA CELU ŚCIĄGNĄĆ KANDYDATKI DO AGENCJI MODY, KTÓRE NASTĘPNIE ROZPROWADZAJĄ DZIEWCZYNY DO BURDELI? CO ROKU JEST ICH 15 TYŚ. DOWÓD: premiera programu TOP MODEL. ZOSTAŃ MODELKĄ odbyła się 8 września 2010 roku. Tego samego dnia weszła w życie nowelizacja ustawy o HANDLU LUDŹMI, przegłosowana dnia 9 kwietnia 2010 roku czyli dzień przed tragedią smoleńska. ”
  • 28.03.13, 21:50:43

    ~Mirosław Kenorwoks napisał(a):
    Pani Beata Tadla ,która niedawno pojawiła w TVP i jest bardzo kompetentna, miła i ładna-co nie jest bez znaczenia w telewizji ,gdzie wygląd ma znaczenie.Fajnie by było gdybym mógł pisać o Pani Beacie w samych superlatywach-niestety ostatnio(ok. 26 marca .13 r.)wypowiedziała się o ogródkach działkowych. Wypowiedż była taka:"Rząd zamierza zlikwidować szpecące miasta ogródki działkowe."Powiedziała to z uśmiechem na twarzy.To przykre że chce się odebrać to w co miliony ludzi wkłada swą pracę i serce. Rząd który sprzedał wszystkie zakłady i banki zamierza znacjonalizować tę namiastkę wolności ,która Polakom została ! Szkoda że nikt nie zastanowi się nad konsekwencjami takich poczynań.Nie dano nam po 100.000.000. zł.które obiecał nam prezydent L. Wałęsa za lata pracy w PRL-u za marne pieniądze-gdzie tłumaczono nam "wszystko jest nasze"Raz zrobiono już nacjonalizację-teraz mamy powtórkę w "demokratycznym " wydaniu ! Bani Beato przykro mi i wielu innym Polakom że Panią to cieszy. To jest smutne a nawet tragiczne- bo spodziewam się że wielu działkowiczów popełni samobójstwo-bo nie będą mieli się gdzie podziać !To nie będzie miłe dla większości działkowiczów .Mam nadzieję że Pani zrozumie swój błąd i przeprosi tych ,którym zrobiła przykrość .Pozdrawiam i życzę aby takie wpadki się nie powtórzyły.- maks.
  • 28.03.13, 22:22:54

    ~Mirosław Kenorwoks napisał(a):
    Pani Beata Tadla ,która niedawno pojawiła w TVP i jest bardzo kompetentna, miła i ładna-co nie jest bez znaczenia w telewizji ,gdzie wygląd ma znaczenie.Fajnie by było gdybym mógł pisać o Pani Beacie w samych superlatywach-niestety ostatnio(ok. 26 marca .13 r.)wypowiedziała się o ogródkach działkowych. Wypowiedż była taka:"Rząd zamierza zlikwidować szpecące miasta ogródki działkowe."Powiedziała to z uśmiechem na twarzy.To przykre że chce się odebrać to w co miliony ludzi wkłada swą pracę i serce. Rząd który sprzedał wszystkie zakłady i banki zamierza znacjonalizować tę namiastkę wolności ,która Polakom została ! Szkoda że nikt nie zastanowi się nad konsekwencjami takich poczynań.Nie dano nam po 100.000.000. zł.które obiecał nam prezydent L. Wałęsa za lata pracy w PRL-u za marne pieniądze-gdzie tłumaczono nam "wszystko jest nasze"Raz zrobiono już nacjonalizację-teraz mamy powtórkę w "demokratycznym " wydaniu ! Bani Beato przykro mi i wielu innym Polakom że Panią to cieszy. To jest smutne a nawet tragiczne- bo spodziewam się że wielu działkowiczów popełni samobójstwo-bo nie będą mieli się gdzie podziać !To nie będzie miłe dla większości działkowiczów .Mam nadzieję że Pani zrozumie swój błąd i przeprosi tych ,którym zrobiła przykrość .Pozdrawiam i życzę aby takie wpadki się nie powtórzyły.- maks.