Wywiady i reportaże Ubrania oddali znajomym, a książki do bibliotek. Co mogli, sprzedali, a resztę wyrzucili na śmietnik...

Ubrania oddali znajomym, a książki do bibliotek. Co mogli, sprzedali, a resztę wyrzucili na śmietnik. Poznaj ludzi, którzy wolą mieć mniej, żeby czerpać z życia więcej

Orest Tabaka większość dobytku jest w stanie zmieścić na małym, zielonym dywanie [fot: Orest Tabaka]

Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu. Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.

Brzmi znajomo? To z Fight Clubu Chucka Palahniuka, ale wiele z nas rozpoznałoby w tym swoje życie. Bo tak działa ten mechanizm: kupujesz więcej i więcej, bo po to są pieniądze, żeby je wydawać. Są jednak ludzie, którzy uciekli od tego schematu. Wyrzucili większość rzeczy, przestali wydawać na nowe. Otaczają się tylko tym, co niezbędne do życia.

Orest pracuje tylko 40 dni w roku, bo ceni sobie swój czas i tak pokierował karierą, że w ciągu dnia zarabia tyle, na ile inni muszą pracować przez kilkanaście. Ula wychodzi z założenia, że skoro w górach potrafi przeżyć z jednym plecakiem, to znaczy, że do szczęścia nie trzeba jej więcej. Arek to finansista, który wywracanie życia do góry nogami zaczynał od tabelki w Excelu, bo chciał wiedzieć, co ma, a czego może się pozbyć. A Anna nie marnuje czasu na szukanie ulubionej bluzki, od kiedy w szafie zostawiła tylko to, w czym naprawdę chodzi. Kim są? To minimaliści - ludzie, którzy dobrowolnie ograniczają liczbę swoich rzeczy, obowiązków, kontaktów. Wiedzą, czego chcą od życia i tylko na tym się teraz skupiają.

Wszystko w jeden plecak? Tak powstaje plotka


Na zdj. Orest Tabaka, fot. Beata Ratuszniak
Orest Tabaka wyznaje jedną zasadę: minimum przedmiotów, maksimum doznań. W internecie można przeczytać, że ma sto rzeczy, które potrafi spakować do jednego plecaka. Kiedy go o to zagadnąć, zaczyna się śmiać. - Takie hasła przykuwają uwagę, ale nie pisz tak - przestrzega. Bo minimalizm to nie konkretna liczba: 85, 100 czy 120. Pytam więc: ile? - Ani za mało, bo to asceza, ani za dużo, bo nadmiar - słyszę.

Zaraz po tym tłumaczy, że rzucanie liczbami odstrasza ludzi, uruchamia w nich odruch obronny. Nie dam rady, nie zrezygnuję ze wszystkiego, za ciężko na to pracowałem - myślą. - W ten sposób pojawiają się też absurdalne dylematy: czy para skarpetek to jedna rzecz czy już dwie? To sztuczna rama, której trudno się trzymać - uważa Orest. Dlatego sam nie przestrzega wytycznych. Wierzy, że można mieć wszystko, byle każda rzecz do czegoś służyła. Ile ma? Nie wie, bo nigdy nie liczył. - Na pewno nie upchnę tego do jednego plecaka. Mam rower, szczudła, samochód. Nie zmieszczą się tam - żartuje.

Kiedy pytam, czym się zajmuje, rzuca krótko: życiem. Stara się z niego korzystać jak najlepiej i nie marnować czasu na drobiazgi. Dlatego zakupy robi raz w tygodniu, sprawy na mieście załatwia za jednym zamachem. Na pytanie, z czego żyje, mówi, że korzysta z okazji. Przygotowuje strategie marketingowe, fotografuje, chodzi na szczudłach, prowadzi warsztaty z samorozwoju, konsultacje.

Jak zaczęła się jego historia z minimalizmem? Jak u wielu innych, od bloga Leo Babauty. Ten 40-latek z San Francisco, ojciec sześciorga dzieci, pewnego dnia postanowił, że wywróci swoje życie do góry nogami. W ciągu roku rzucił palenie, przebiegł maraton, schudł, został wegetarianinem. Dziś jego Zen Habits to jeden z najbardziej obleganych blogów świata, a napisana przez niego książka The Power of Less niezmiennie figuruje na liście bestsellerów. To w niej zdradza, jak pozbyć się nadmiaru rzeczy. Sam dba, aby nie mieć ich więcej, niż 50.


Zagracone przestrzenie? Nie tutaj. Tak wygląda pokój Oresta, fot. arch. prywatne

Zanim Orest doczytał wpisy z bloga do końca, już porządkował pokój. Traktował to jak eksperyment, bo nie wierzył, że zdoła wyrzucić wiele. - Otwierałem po kolei szafki i wyciągałem z nich tylko to, czego używam. To, co zostało, z automatu poszło do śmieci - wspomina. Teraz stara się kupować mądrze. - Nie interesują mnie promocje, nie kupuję sześciu par spodni, bo siódme daję gratis. Patrzę za to na jakość. Spodnie mają posłużyć mi dwa lata, potem wyrzucę je bez żalu - opowiada. Dzięki temu spakowanie się w podróż zajmuje mu trzy minuty. - Nieważne, gdzie i na ile jadę. Jestem przygotowany na każdą pogodę, a nie muszę przerzucać stert rzeczy, żeby cokolwiek znaleźć.

Prezentów też nie przyjmuje. Uczula wszystkich, że jedyne, co można mu dać, to pieniądze. Albo słodycze, bo te lubi od zawsze.

Z kwiatków najbardziej lubi zioła. Bo są jadalne

Urszula Wojciechowska ma za sobą pracę na etacie. Najpierw w wydawnictwie, później w drukarni. Obecnie prowadzi własną firmę, sama decyduje o tym, kiedy i ile pracuje. - Jeśli wychodzi się z tego amoku zakupów, można przeżyć za dużo mniejsze pieniądze. I, w efekcie, mniej pracować - zapewnia.


Na zdj. Ula Wojciechowska, fot. Marcin Klisz
Jej przygoda z minimalizmem zaczęła się cztery lata temu, kiedy ją i jej męża odwiedził kolega. Od progu krzyknął, że mają za dużo rzeczy. - Wtedy się tylko zaśmiałam i odpowiedziałam, że łatwo mu mówić. Jest facetem, ma wynajęte mieszkanie, 10 lat mniej ode mnie.

Tamten zliczył, że do życia wystarczy mu 250 rzeczy, rozpisał to sobie w tabelce w Excelu. Ale kiedy wyjechał, Ula rozejrzała się dookoła. - I co? Na lustrze wisiorki, wszędzie porozstawiane kamyczki, które przywozimy z podróży, książki wysypują się z półek - wspomina. - Powoli zaczęłam pozbywać się tego nadmiaru. Teraz każda rzecz ma swoje miejsce, wiemy, co i gdzie leży. Ale nie jesteśmy ludźmi, którzy liczą do stu. Ważne, żeby stan posiadania nas nie ograniczał. Ani w jedną, ani w drugą stronę.

Jak w takim razie wygląda jej mieszkanie? Jest małe, więc siłą rzeczy nie ma w nim wiele: kanapa, stół, kącik do pracy, materac, szafa. Cały dobytek mieszczą na 28 metrach, ale na brak miejsca nie narzekają. - Mebli mamy dokładnie tyle, ile potrzeba, nie jest specjalnie pusto - uważa. - Ludzie przychodzą i chwalą, że mamy porządek, ale nie dziwią się, że czegoś w nim brak. Bibelotów nie mamy w ogóle, kwiatka też ani jednego. Czasem pojawią się jakieś zioła, ale zaraz je z mężem zjadamy - żartuje.


Na zdj. Ula Wojciechowska, fot. Marcin Klisz
Ula nie robi z siebie ascety, kiedy czegoś potrzebuje, zwyczajnie idzie do sklepu. Choć, jak sama mówi, nigdy nie była fanką zakupów. - Kiedy widzę kursujące od sklepu do sklepu koleżanki, raczej im współczuję, niż zazdroszczę - wyznaje. - Zaraz zastanawiam się, gdzie to wszystko pomieszczą, jak bardzo się jeszcze zagracą. I co będą czuły, kiedy ten szał zakupów minie. Bo mija prędko, zostawiając wyrzuty sumienia i puste konto.

Dlatego zamiast na rzeczy, wydają z mężem na podróże. Zwłaszcza te w góry, na które jeździ się tylko z plecakiem. - To także był impuls, który pomógł nam przemyśleć pewne sprawy. W górach wszystko, czego nam trzeba, mamy ze sobą, na własnym grzbiecie. I nie myślimy o tym, co zostało za nami - podkreśla.

Zaczął od tabelki w Excelu. Dziś nie chce innego życia

Arek Recław skończył ekonomię, osiem lat pracował w korporacjach, w finansach. Dziś pracuje w firmie rodzinnej, ale korporacji nie krytykuje. Ani jako miejsca do pracy, ani jako stylu życia. Po prostu wybrał inaczej.

Jego historia zaczęła się od podróży. W Helsinkach trafił na chłopaka, z którym umówił się na wycieczkę do Włoch, rowerem. To Olli wymusił na nim zmianę myślenia. Powiedział, że jak chce jechać, musi spakować się tak, jak on. Mieli jeździć dużo i szybko, bez czasu i miejsca na balast. - Nie wierzyłem, kiedy pokazał mi listę rzeczy, które mogę zabrać - wspomina Arek. - Spotkaliśmy się na lotnisku, jeszcze raz przetrzepał mój bagaż. Zrobili wtedy 1150 rowerowych kilometrów, łącznie przez cztery kraje. Obaj zaopatrzeni w ekwipunek wielkości damskiej torebki, w którym nie zmieściło się wiele ponad dokumenty, ładowarki i bieliznę na zmianę.


Na zdj. Arek Recław, fot. arch.pryw.
Arek szybko przeniósł minimalizm na inne pola, zaczął traktować go jak filozofię życia. Dziś ceni czas, jaki dzięki niemu zyskał. - Jesteśmy zabiegani, wciąż chcemy mieć więcej i więcej. Wszystko wywraca się do góry nogami, kiedy zaczniemy odpuszczać - zapewnia. Teraz kupienie czegokolwiek porównuje do kupna domu. Nie robi tego impulsywnie, daje sobie czas do namysłu. Gdyby miał dziesięć par butów, pewnie bez wahania kupiłby jedenastą. Kiedy ma mieć jedną, nie może pozwolić sobie na błąd.

Jak reagowali bliscy, kiedy zaczął pozbywać się rzeczy? Brat Arka jest zakonnikiem, więc mocno mu kibicował. Wśród przyjaciół przeważało badawcze spojrzenie. - Wiele osób się zachwyciło, wiele nie dowierzało. Ale nikt nie powiedział, że to złe albo głupie.

Kobieta-minimalistka? Bez pełnej szafy i dziesiątek par butów

Anna Mularczyk-Meyer z zawodu jest tłumaczem. Dawniej pracowała w korporacji, dobrze się w niej czuła, ale miała potrzebę rozwoju, nie tylko zawodowego. Chciała poświęcić się innym sprawom: pasjom, rodzinie. - Znajomi z pracy dziwili się, jak można rezygnować z takiej pracy. Fajnej, przyjemnej, dobrze płatnej. I to po to, żeby iść w taką niepewność. Ale dzisiaj, z perspektywy czasu, niczego nie żałuję.

Dominique Loreau, autorka takich książek jak Sztuka prostoty czy Sztuka minimalizmu i zarazem drugi po Babaucie guru minimalistów przekonuje, że luksus to eliminowanie setek drobnych wyborów, jakich wymaga od nas codzienność. Dlatego Anna pozbyła się setek rzeczy, w tym ubrań. Teraz mniej czasu spędza przed lustrem, na grzebaniu w szafie, przetrząsaniu rzeczy w poszukiwaniu ulubionej bluzki. Wie, co ma, co chętnie zakłada.


Na zdj. Anna Mularczyk-Meyer, fot. arch.pryw.
Porządki także zajmują mniej czasu - tym bardziej, że nie trzyma już rzeczy na blatach. Bo nadmiar rzeczy to konieczność ciągłego sprzątania, przesuwania, odkurzania, mycia i polerowania. - Nie boję się już, nie duszę, nie miotam. Nie obawiam się kupować ani posiadać rzeczy, bo przestałam traktować je jak wrogów - pisze na blogu.

Ale nie żyje w próżni. Wchodząc do jej mieszkania, nikt by nie powiedział, że to mieszkanie minimalistki. Są w nim regały z książkami, kwiaty, obrazy. - Pozbywam się tylko nadmiaru, nie mam potrzeby schodzić poniżej - zaznacza. Dlatego nie narzuca sobie reżimu, chce się czuć dobrze w świecie, który ją otacza.

Minimalizm to nie tylko rzeczy. Dla nich to sposób na życie

Kiedy zapytać, czy kobiecie jest trudniej zostać minimalistką, Anna zaprzecza. Dla niej minimalizm to znacznie więcej, niż rzeczy. - To nie tylko szafa i ubrania, choć od nich często się zaczyna. Później robi się z niego bardziej uniwersalne narzędzie - przekonuje. - Można się nim posłużyć do pozbycia się negatywnych emocji, złych wspomnień, stresu. Do wyeliminowania relacji, które nie są dla nas korzystne, do uporządkowania życia i zrozumienia, że można żyć wolniej, bardziej świadomie.

ZOBACZ TAKŻE


Biurko do wynajęcia? To żadna ekstrawagancja, to nowa kultura biznesu. Możesz zarezerwować je na godziny, dni albo tygodnie. To lepsze niż praca w domu?
W praktyce to także mniej zobowiązań, przeorganizowanie trybu dnia, listy obowiązków. Dlatego Orest stara się pracować mniej, ale konkretniej. - W zeszłym roku przepracowałem może 40 dni. Ale to inny model pracy, w ciągu dnia udaje mi się zarobić tyle, na ile inni muszą pracować przez kilkanaście - przyznaje.

Choć nie jest rozrzutny, ascetą go nazwać nie można. Wydaje sporo, bo dużo jeździ po świecie. Ma też lustrzankę, MacBooka, rozważa kupno iPhone'a, bo robi genialne zdjęcia. Ale na bzdury nie traci - ani pieniędzy, ani czasu. Dlatego ceni sobie własny rytm dnia. - Daję sobie na luz, staram się nie zaczynać dnia przed 12. Budzik dla mnie nie istnieje - przyznaje. Rano ma czas na rozpęd - odpisywanie na maile, przeglądanie Facebooka. Później jest czas na samorozwój. Trochę tańczył, chodził na szczudłach, wkręcił się w teatr. Popołudnia to czas dla znajomych, i tak aż do nocy.

Dziwi się, kiedy słyszy, że minimaliści to egoiści bez serca. Że zaczynają od przedmiotów, żeby z czasem pozbywać się ludzi. Daje im natomiast możliwość wyboru. Nie stroni od nikogo, ale - jak mówi - pozwala się łatwo odstrzelić. - Dużo podróżuję wciąż kogoś poznaję. Staram się trzymać z każdym kontakt tak mocno, jak tylko się da. Ale jeśli nie wychodzi nam to najlepiej, odpuszczam. Nie nalegam, nie potrzebuję znajomości na siłę - przyznaje. Obowiązki rodzinne też ogranicza do minimum. Jeśli nie ma ochoty na sztywne przyjęcie imieninowe u cioci, zwyczajnie je wtedy omija. Na blogu tłumaczy to wprost: Rodziny się nie wybiera, ale nie trzeba z nią utrzymywać kontaktu.

Minimalizm jest nowy? Nie, tylko szum zrobił się większy

Także Jarosław Kulbat, socjolog z wrocławskiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, przestrzega, że patrzenie na minimalizm wyłącznie w kontekście rzeczy to nieporozumienie. - To filozofia życiowa, wyraz autentycznych potrzeb, wolny wybór - komentuje. - To dobrowolne ubóstwo, choć ci ludzie nie czują się biedni, bo mają inne priorytety, wartości. W świecie, który sobie skonstruowali, posiadanie nie jest istotne. To nasza kultura zrobiła z rzeczy fetysz, nauczyła nas traktować je jako miarę wielkości człowieka.


Na zdj. Jarosław Kulbat, fot. SWPS, mat. pras.
Dlaczego więc kupujemy, gromadzimy, zbieramy latami? Bo rzeczy sprawiają nam przyjemność, dają poczucie bezpieczeństwa, poświadczają nasz status. - Wykorzystujemy je do definiowania siebie i swojej wartości. Zgodnie z maksymą, że jestem tym, co posiadam - tłumaczy Kulbat.

Dla przeciwwagi, podaje historię odwrotną, która mówi o braciach Collyer. Dwaj mężczyźni, żyjący na początku XX wieku, swój niegdyś wspaniały dom przy nowojorskiej Piątej Alei zamienili z czasem w zwykłą rupieciarnię. - W końcu obaj zmarli pogrzebani pod stosem badziewia, które gromadzili przez lata. To jest już patologia w sensie klinicznym, która wyznacza absurdalne ramy tego zjawiska, gromadzenia na siłę, byle więcej - opowiada Kulbat.

Minimalizm ustawia się po drugiej stronie - odgruzowujesz przestrzeń wokół siebie, starasz się nie mieć więcej, niż musisz. - Tradycja życia w ascezie, życia skromnego, cnotliwego, jest dość długa. Natomiast to, co jest nowego, to sposób mówienia o nim, nasilenie tego zjawiska - zaznacza Jarosław Kulbat. I dodaje, że kryzys też jest nie bez znaczenia. - Z marketingowego punktu widzenia sytuacja sprzyja lansowaniu takiego trybu życia. Trudno o pracę, premie są zamrożone, jest ciężko, więc ludzie zaczynają oszczędzać. Od nazywania minimalizmu modą jest jednak daleki. - To by oznaczało, że zaraz minie. Minie co najwyżej ten szum medialny, nie zabraknie natomiast ludzi zainteresowanych tym stylem życia - uważa.

Rewolucji nie będzie. Ludzie i tak wolą zakupy

Miliony rzeczy walczą o twoją uwagę - brzmi hasło reklamowe Allegro. A minimaliści mówią: i tu właśnie jest problem. Bo nadmiar zmusza nas do ciągłego podejmowania decyzji: włożę dziś sukienkę w pasy, czy w grochy? Na śniadanie zjem kanapki, czy usmażę omlet? Kawę wypiję w kubku, a może w filiżance?

Dlatego Arek Recław porządki zaprowadził także w lodówce. Zakupy robi na bieżąco, zawsze wie, co ma w domu, pod ręką. Mój sposób jest taki: Arku, jeśli w danej chwili nie wiesz, co masz w lodówce, to źle to robisz - pisze na blogu. Bo pełna lodówka oznacza chaos - część rzeczy się przeterminuje, na część nie będziemy mieć już ochoty. Ile razy jedliśmy coś tylko w obawie przed wyrzuceniem? Ile razy zostawiliśmy w markecie fortunę, chociaż pojechaliśmy tam tylko po rzeczy najpotrzebniejsze?

ZOBACZ TAKŻE


To jest kobieta, która całymi dniami chodzi po zacisznych kawiarniach i pije najlepszą kawę. Zapytacie pewnie: To wszystko? Nie, jeszcze jej za to płacą
Minimaliści trzymają się swojej filozofii na wszystkich polach życia. Mówią, że nie chcą powrotu do starego porządku. Ale kiedy zapytać, czy zmieni się pęd za konsumpcją, złudzeń raczej nie mają. - Minimalizm wymaga zatrzymania się, rozliczenia ze sobą, ze swoimi potrzebami. Takiego wejrzenia w głąb siebie, odpowiedzenia sobie na pytanie, dlaczego wciąż kupuję - czy chcę komuś zaimponować, czy czuję się mało wartościowy, czy tak odreagowuję stres, czy jest to sposób rekompensowania sobie czegoś w życiu - wylicza Ula Wojciechowska. A takie refleksje ludzie robią rzadko, bo ich nie lubią. Wybierają łatwiejsze życie, według schematu, który sam się napędza. Nie trzeba myśleć, wystarczy kupować.

Anna Mularczyk-Meyer ma więcej optymizmu. Wierzy, że świat się zmienia, że stare rozwiązania tracą na wartości: - To, co przedstawiano nam jako sposób na szczęście, już nie wystarcza. Wiele osób przyznaje, że nie ma na nic czasu, nie panuje nad swoim życiem, ma dość wyścigu szczurów. Że ta przyzwoicie płatna praca i wycieczki do galerii handlowych wcale nie przynoszą takiej radości, jaka bije z okładek gazet i telewizyjnych ekranów.

Podobnego zdania jest Arek Recław. Reklamy już na niego nie działają, nie daje się zwieść utopii: - Wystarczy spojrzeć, jak przedstawiany jest w nich samochód. Daje swobodę, szczęście. A ja patrzę na ludzi, którzy stoją w korkach w Warszawie i naprawdę, to nie jest widok kowboja na prerii na tle zachodzącego słońca.

 


Joanna Pachla

2013-03-19 06:00:27

Tagi:

książki,

ubrania,

styl życia,

minimalizm

Komentarze

  • 31.03.13, 08:35:16

    ~brdk napisał(a):

    ~matsy napisał(a): napisał(a):

    Czekam na opis minimalistycznej rodziny dzieciatej.


    Leo babauta ma bodajże 5 dzieci, a jest prekursorem ruchu ;p
  • 11.04.13, 19:51:52

    ~luyrfyfujkl napisał(a):

    ~randomehro napisał(a): napisał(a):



    Pewnie i tak nic gowno mieli. My tu w Ameryce mamy, apple, rolexy, corvetty.

    Orest też ma appla więc w d...pe se wsadź swoją amerykę
  • 13.04.13, 11:36:30

    ~Nieokrzesany napisał(a):
    Michał
    ~Michał. napisał(a): napisał(a):



    Cóż... Wszędzie można znaleźć wypaczenia. Ci bohaterowie to po prostu jednostki niedostosowane
    i nie widzę powodu by podawać ich za wzór.


    jesteś typowym NIEWOLNIKIEM SYSTEMU czyli jednostką dostosowaną!
  • 15.04.13, 12:46:02

    ~Mimino napisał(a):
    http://www.polskieradio.pl/9/325/Artykul/690569,Zycie-minimalne

    Zapraszam więc do posluchania :) Z dziećmi róznież to sie udaje :)


    ~matsy napisał(a): napisał(a):



    Taaaaaaaaaaaaa, fajnie, fajnie, ale od razu widać, że opisywani bohaterowie są bezdzietni.... :-)
    Z dzieckiem - a tym bardziej kilkorgiem - którego naturalny rozwój wymaga sensownej, ale ZAWSZE zwiększającej się liczby rzeczy, tak minimalistyczny-idealistycznie się nie da. Powtarzam, sensownych rzeczy, a nie 15. zestawu klocków.
    Czekam na opis minimalistycznej rodziny dzieciatej.


  • 16.04.13, 22:48:52

    ~fluuuu napisał(a):
    Orest Tabaka - rodzice nieźle zaszaleli.
  • 4.05.13, 09:03:08

    ~Monika Krzysztoszek napisał(a):
    Z wielką przyjemnością przeczytałam powyższy tekst .Jest zgodny z moimi przemyśleniami.
  • 16.07.13, 13:34:07

    ~dfgh napisał(a):
    super! bardzo popieram i spróbuję zrobić tak samo.
  • 29.11.13, 15:33:58

    ~zdegustowany2 napisał(a):
    Ma samochod. Tez mi minimalista. Na tym zakonczylem czytanie artykulu.
  • 29.11.13, 15:36:12

    ~zdegystowany 2b napisał(a):
    A w pokoju na stoliku stoi Macbook Air chyba - co oni za ciemnote probuja wcisnac.
  • 7.12.13, 21:41:50

    ~Jog napisał(a):
    Trudno się zgodzić, że to minimalizm, ja użyłbym raczej zwrotu "optymalizm". Natomiast bez wątpienia egocentryzm i w gruncie rzeczy bezproduktywna, i niewiele wnosząca komukolwiek (poza zainteresowanymi) egzystencja. Pomyślcie o potomstwie to też poświęcenie...