SPRAWDŹ SIĘ
Podróże Haftowana Bitwa pod Grunwaldem, skarb wart 200 milionów zł, którego szukał Pan Samochodzik i spa jak...
Joanna Lamparska przedstawia Woman's world

Haftowana Bitwa pod Grunwaldem, skarb wart 200 milionów zł, którego szukał Pan Samochodzik i spa jakich w Polsce mało. Takie cuda można znaleźć na Mazurach

Haftowana reprodukcja Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki [fot: Joanna Lamparska]

Połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W trakcie uroczystej przysięgi nowego rocznika żołnierzy, która odbywa się na polach grunwaldzkich, ówczesny minister obrony narodowej podchodzi do dyrektora Muzeum Bitwy pod Grunwaldem i pyta: w którym dokładnie miejscu stały podczas bitwy polskie i litewskie chorągwie, a w którym chorągwie zakonu?

Dyrektor, zgodnie ze swoją najlepszą, ale i historyczną, wiedzą, odpowiada, że nie wie. Nikt na świecie tego nie wie, bo nie zachowały się żadne jednoznaczne przekazy. Wiadomo jedynie, że bitwa rozegrała się właśnie w tym miejscu.

Minister jest zaskoczony. - Jest pan dyrektorem muzeum i nie wie pan tak istotnej rzeczy??? - dziwi się minister. Dyrektor wzdycha i daje za wygraną. Wkrótce, żeby uniknąć podobnych sytuacji, pracownicy muzeum stawiają maszty widoczne z terenu muzeum. To hipotetyczne miejsce, w których mogły stać chorągwie.

To opowieść Piotra Lisowskiego, przewodnika po Warmii i Mazurach. Wieloletni przewodnik opowiada również kolejną anegdotę. Także w latach 70. postanowiono sprawdzić eksperymentalnie, ilu rycerzy mogło brać udział w bitwie. Wojsko wykorzystało do tego poborowych, którzy zostali ustawieni w dwurzędową kolumnę, tak, jak zmierzający na pole bitwy żołnierze. Okazało się, że taka kolumna musiałaby mieć co najmniej 4,5 kilometra długości. No cóż...nic nie wie o życiu, kto nie służył w wojsku...

Zobacz rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem:

 


 

Setki tysięcy krzyżyków

Do Muzeum Bitwy pod Grunwaldem docieramy na piechotę. Z kijkami. To jeden z pomysłów na rozruszanie turystów i zapewnienie im atrakcji przez cały rok. Nordic walking nie jest męczący, ze Wzgórz Dylewskich, gdzie śpimy, to w linii prostej 18 kilometrów. Można tę trasę również pokonać na rowerze, albo samochodem. Ale po co?

Nie przypuszczałam, że Mazury mogą być takie piękne jesienią. Łagodne wzniesienia Wzgórz Dylewskich kojarzą mi się troszkę z południem Europy. Okazuje się też, że jest tu co robić o tej porze roku! A już na pewno nie będą nudzić się tu kobiety. Ale o tym za chwilę.


Wzgórza Dylewskie to miejsce, w którym można wynająć dom z 10-hektarową działką, fot. Joanna Lamparska

Mazury zachodnie zna każdy rycerz. To tutaj przecież odbywa się co roku rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem. Zawsze wydawało mi się, że wraz z zejściem ostatniego rycerza z placu boju, nie warto tutaj przyjeżdżać. Jednak Muzeum Bitwy pod Grunwaldem, które stoi niedaleko masztów wyznaczonych niegdyś przez nieco zdezorientowanych muzealników, kryje wiele niespodzianek.

Znalazłam tutaj dość niezwykłe dzieło sztuki: wyhaftowany krzyżykami, w skali od jeden do jednego, obraz Jana Matejki. Który? Oczywiście Bitwa pod Grunwaldem. Całość robi niesamowite wrażenie, ileż tu musi być tych krzyżyków! Piotr Lisowski opowiada, że obraz powstawał w częściach, pracowało nad nim 35 osób. Pomysł projektu narodził się w Działoszynie, a jego autorami są Janina i Adam Panek.

Zaczęło się od żartu. Adam Panek obserwował swoją żonę, kiedy haftowała. - Tyle haftujesz, że już dawno wyhaftowałabyś Bitwę pod Grunwaldem - śmiał się. I tak też się stało. Zaprosili do współpracy innych. Wyglądało to mniej więcej tak: poszczególni artyści haftowali u siebie w domu, a potem wszystkie kawałki - jest ich pięćdziesiąt - zostały w doskonały sposób połączone w jedną całość.

Choć wszyscy pracowali za darmo, swoją pracę (teoretycznie oczywiście) wycenili na 310 tysięcy złotych. Do pracy zaprzęgli też Haftixa, specjalny program komputerowy, dzięki któremu można wyhaftować krzyżykami, każdy, nawet najbardziej skomplikowany wzór.


„Bitwa pod Grunwaldem”, szczególnie taka, robi na każdym wrażenie. Ile przy tym było pracy! Sam Matejko nie miałby chyba tyle cierpliwości. Fot. Joanna Lamparska

Trzeba mieć sporo cierpliwości, żeby zrobić coś takiego! Sam Matejko byłby dumny z tego dzieła sztuki. Zastanawiam się, czy ktoś policzył te wszystkie krzyżyki na obrazie, pewnie da się to zrobić, ale chyba jeszcze nikt nie próbował. Materia z której powstał obraz prowokuje jednak każdego, żeby go dotknąć albo chociaż oglądać z nosem niemal przy samym płótnie. Jak to dobrze, że ludzka fantazja ciągle nie ma granic!

Skarb generała Samsonowa

No tak, panie haftują, a panowie w tym czasie idą na skarby. Przecież na zachodnich Mazurach leży (podobno) sto kilogramów złotych monet. Miejscowi eksploratorzy mówią, że należy ich szukać w okolicach wzgórz Jachlarz i Wierzbnik. Jak do tej pory, nikomu się nie udało, ale sama historia jest niezwykła.

W sierpniu 1914 roku armia Narew dowodzona przez carskiego generała Aleksandra Samsonowa została rozbita przez wojska niemieckie Paula von Hindenburga pod Tannenbergiem, czyli dzisiejszym Stębarkiem. Samsonow, nie widząc szans na przetrwanie, rozkazał swoim żołnierzom, aby przedarli się z okrążenia. Sam popełnił samobójstwo (tu nasz przewodnik przymyka oko i mówi, że jakoś trudno było sobie strzelić w prawą skroń lewą ręką).

ZOBACZ TAKŻE


Miała sześć lat, gdy została właścicielką hut, kopalń i pałaców, a z córki służącej stała się milionerką. Joanna Lamparska opowiada historię XIX-wiecznego Kopciuszka
Winę za klęskę w bitwie przypisano dowódcy armii Niemen, Paulowi von Rennenkampf, generałowi kawalerii Imperium Rosyjskiego, który z niechęci do Samsonowa opóźnił przyjście z odsieczą. Straty strony rosyjskiej były ogromne: ponad 30 tys. żołnierzy straciło życie bądź zaginęło, a 95 tys. dostało się do niewoli. Bez śladu zaginęła również kasa armijna 150-tysięcznej armii Narew.

Każda rosyjska armia i każdy pułk walczący na froncie pierwszej wojny światowej dysponowały kasą. Trzymano ją zwykle w stalowej skrzyni, którą ciągnęły na wozie konie. Kasa armii Aleksandra Samsonowa zawierała przeszło 300 tys. rubli w srebrze i złocie. Dziś miałaby wartość ponad 200 milionów złotych.

Pieczę nad skarbem powierzono dwóm oficerom, generałowi Lebiediewowi i pułkownikowi Wiałowowi. Dowodzone przez nich oddziały miały podjąć próbę wydostania się z okrążenia. Ci, którym się udało, kasy ze sobą jednak nie mieli. Nawet gdyby w tajemnicy podzielili skarb między siebie, nie wydaje się możliwe, by udało im się zataić fakt jego ocalenia. Najbardziej prawdopodobne jest, że skrzynia ze pułkowym złotem została gdzieś dobrze ukryta.

Jedna z teorii zakłada, że skrzynia ze skarbem mogła być zakopana w miejscu, gdzie odbyła się ostatnia narada oficerów sztabu Samsonowa - pod starym dębem, przy leśniczówce Rokitka, koło Wielbarka (dziś to leśnictwo nazywa się Karolinka). Ten trop potwierdzają zapiski jednego z oficerów armii Narew.

Podobno po wojnie, w połowie lat 30. ubiegłego stulecia, zaginionej kasy szukał Polak, który w czasie służby w armii carskiej został wyznaczony do ukrycia złota. Obiecał Niemcom wskazać miejsce, w którym znajduje się kasa za jedną czwartą znaleźnego. Jednak i jemu się nie udało, przez ponad 20 lat las zmienił się tak, że Polak nie rozpoznał miejsca ukrycia monet.

Los legendarnego skarbu pozostaje do dzisiaj nieznany. Nikomu nie udało się, jak dotąd, natrafić na jego ślad, choć szukał go nawet słynny Pan Samochodzik.

Rządy kobiet

Tak się jakoś złożyło, że choć ta część Mazur ma jak najbardziej męską historię to pierwsze skrzypce grają tu kobiety. Mariola Platte, poetka i prezes Zachodniomazurskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej uważa, że dzisiaj turyście potrzebna jest oferta, w której w pakiecie dostaje kilka atrakcji razem. Może to i słusznie, bo nie każdy ma czas na planowanie wakacji. Dlatego chce mieć wszystko na gotowo.


Mariola Platte uczy w swoim gospodarstwie malowania na jedwabiu,
fot. Joanna Lamparska
Stąd np. nordic walking i kilkugodzinny spacer na pola Grunwaldu. To jeden z powodów dla których w swoim gospodarstwie w Gierzwałdzie, Mariola Platte wymyśliła dla gości dodatkowe aktywności, m.in. naukę malowania na jedwabiu. Nie jest to sztuka łatwa, ale podobno każdy, kto odkrył w sobie chociaż jeden procent artysty, może swobodnie próbować swoich sił. Malowanie na jedwabiu rozładowuje również stres, bo w chwili złości jedwabiem można rzucić do zlewozmywaka, a świeżo położona farbka ułoży się w fantazyjne wzory.

Gospodarstwo Marioli Platte, która wita gości swoimi wierszami, kryje niepospolite niespodzianki. W starej stodole, życiowy partner pani Marioli trzyma rozłożone spadochrony, pod którymi stoją łóżka. Choć to oferta głównie dla przyjaciół, może uda się go czasami uprosić, żeby przenocować również w takiej niezwykłej, spadochronowej sypialni?

Równie klimatycznie jest w Starej Szkole w Wysokiej Wsi, miejscu znanym z ekologicznego jedzenia. Kiedyś naprawdę była tu szkoła i dzisiaj w jednej z sal lekcyjnych mieści się wielka kuchnia z równie wielkim fotosem z filmu Historie kuchenne Benta Hamera.

Mnie spodobało się w Siedliskach na Wzgórzach Dylewskich. Siedliska to dziesięć stylizowanych, mazurskich domów, którymi zarządza Hotel Spa dr Irena Eris w Wysokiej Wsi. Siedliska mają prywatnych właścicieli, są jednak wynajmowane gościom hotelowym.

Zobacz, jak wyglądają noclegi na Wzgórzach Dylewskich:

 

 

Doba w domu z trzema sypialniami i ogródkiem, który może mieć nawet dziesięć hektarów, w zasięgu wzroku nie ma więc sąsiadów, kosztuje ok. 1500 zł. W pakiecie absolutna cisza i spokój, a także kijki i rowery. Najwięksi twardziele maszerują stąd aż pod Grunwald. Jesień na Mazurach naprawdę może mieć mnóstwo kolorów.

 


Joanna Lamparska

2012-09-27 06:00

Tagi:

irena eris

,

spa

,

podróże

,

mazury

,

joanna lamparska

Mapa