Kultura Książki Porzucają książki w parkach, na przystankach lub w przymierzalniach. Ruszają na łowy, by za darmo up...
Kultura

Porzucają książki w parkach, na przystankach lub w przymierzalniach. Ruszają na łowy, by za darmo upolować kolejne. To właśnie bookcrossing, czyli biblioteka bez zobowiązań

Zasada jest prosta: bierzesz z półki dowolną książkę i zostawiasz ją, gdzie popadnie. W metrze, kawiarni, na ławce w parku. [fot: srebrina/iStockphoto]

Zaczęło się od śledzenia pieniędzy po numerach seryjnych i aparatów fotograficznych, porzucanych przez turystów zaraz po zrobieniu zdjęć. Oba projekty podbiły Amerykę, a jeden z jej obywateli postanowił pójść o krok dalej. Czemu nie puścić w obieg też książki? - pomyślał. Od tamtej pory minęło 12 lat, a na wolność wyszło niemal 10 milionów egzemplarzy, w 132 krajach świata. Bo to modne i nic nie kosztuje.

Zasada jest prosta: bierzesz z półki dowolną książkę i zostawiasz ją, gdzie popadnie. W metrze, kawiarni, na ławce w parku. To może być też przebieralnia w markecie czy gabinet dentysty - miejsce, z którego ktoś może ją wziąć, zabrać do domu i przeczytać. Na tym właśnie polega bookcrossing, czyli uwalnianie książek. Jedni porównują go do porzucania listu w butelce, inni żartują, że wyzwala w nich instynkt łowcy. Jeszcze inni rozwiewają nadzieje: idea szczytna, ale nie u nas. Nie w kraju, gdzie egoizm to norma, a zamiast dawania umiemy tylko brać.

To dobra zabawa, ale nie dla każdego

Jeśli kochasz książki, pozwól im odejść - tak ideę bookcrossingu reklamował The New York Times. Bo żeby uwolnić książkę, trzeba mieć gest. Nie liczyć się z każdą wydaną złotówką, nie głaskać lektur po grzbiecie jak kota. Dlatego maniak czy kolekcjoner machnie ręką na pomysł. Ale są tacy, dla których książka to produkt - taki, jak każdy inny. Dlatego rozstają się z nią bez żalu.

Pomysł zrodził się w USA. W marcu 2001 roku Ron Hornbaker zafascynował się dwoma stronami: Photo.Tag.org, która pozwalała śledzić wędrówkę aparatów fotograficznych pozostawionych w dowolnych miejscach świata, oraz WheresGeorge.com, która to samo robiła z pieniędzmi. Wystarczyło wpisać ich numer seryjny do internetowej bazy danych, żeby zobaczyć trasę, jaką przebyły. Hornbaker pomysłem zaraził żonę. W środku nocy zarejestrowali domenę, wkrótce wymyślili logo, a w kwietniu postawili stronę. Plan mieli prosty: ktoś zostawia książkę, ktoś inny ją bierze.


Na zdj. Maciej Ślużyński
- Każdy z nas ma w domu książki, które już przeczytał, albo których nigdy przeczytać nie zdoła. Po co mają zalegać na półce, może ktoś inny będzie miał z nich pożytek?
- pyta Maciej Ślużyński, polonista, copywriter i inicjator bookcrossingu w Polsce. - Najwięcej frajdy w całej tej akcji daje zresztą nie tylko samo czytanie, ale też świadomość, że ktoś te książki po nas znajduje. Bo one żyją wtedy, kiedy są czytane.

Jego przypadek potwierdza tezę, że idea jest jak wirus. Kiedy tylko przeczytał o bookcrossingu, wiedział, że chce go zaszczepić też u nas. Zaczęło się prozaicznie: - To było w 2003 roku, kiedy intensywnie szukałem pracy - wspomina. - Jak co poniedziałek kupiłem gazetę, by przejrzeć dodatek z ogłoszeniami. Nie znalazłem nic, co by mnie interesowało, więc zacząłem przeglądać resztę.

Tak trafił na tekst o bookcrossingu, a raczej krótką wzmiankę o nim. Zaledwie parę zdań, ale wystarczyło - od razu wszedł na polecaną w nim stronę bookcrossing.com i dał się porwać idei uwalniania książek. Na fali entuzjazmu zadzwonił do przyjaciela, Lechosława Gawrońskiego. Przez pół godziny tłumaczył mu, na czym polega akcja i że chciałby zaszczepić ją w Polsce. Poprosił, żeby sprawdził, czy domena www.bookcrossing.pl jest wolna. A że była, od razu ją zarejestrowali.


Szkocja, fot. swan-scot/CC BY-NC-ND 2.0/Flickr
- Dalej wszystko potoczyło się samo. Nie spodziewaliśmy się aż takiego odzewu
- wspomina Ślużyński. - Nagle wszyscy o tym mówili. Kiedy dostaliśmy zaproszenie do Roweru Błażeja, niezwykle popularnego wtedy programu dla młodzieży, w trzy godziny po jego emisji z przepełnienia padły nam serwery.

Liczby mówiły same za siebie: po trzech miesiącach funkcjonowania serwisu, mieli niemal dwa tysiące zarejestrowanych użytkowników, drugie tyle uwolnionych książek, kilkadziesiąt półek w całej Polsce i sześć milionów odsłon na koncie. - Mieliśmy jedną zasadę: nieważne, ile masz, ale ile możesz dać od siebie. Ludzie poszli za nami - dodaje Ślużyński.

Chcą ocalać książki od kurzu i zapomnienia

Bookcrossing ma parę prostych zalet: jest alternatywą dla bibliotek, do których trzeba się zapisywać i przestrzegać terminów zwrotu. Do tego to szansa dla tych, których nie stać na zostawianie fortuny w księgarniach, a czytać jednak lubią.


Edynburg, fot. ZlatkoGR/
CC BY-NC-SA 2.0/Flickr
Jak zatem uwolnić książkę? Sposoby są dwa. Pierwszy, tradycyjny, to zostawienie jej, gdzie popadnie. To może być tramwaj, autobus, pociąg. Albo siedzenie w kinie, ławka w parku, parapet w księgarni. Można też skorzystać z wyznaczonych do tego miejsc, takich jak półki i gabloty bookcrossingowe. A tych przybywa jak grzybów po deszczu. Powstają wszędzie: w kawiarniach, osiedlowych sklepikach, szkołach, świetlicach. Nawet w szpitalach, przychodniach, noclegowniach i sanatoriach. Każdy może postawić własną i w ten sposób dołączyć do globalnej, czytelniczej wioski.

Ale jest też druga, bardziej profesjonalna metoda. Polega na zarejestrowaniu się na stronie bookcrossing.pl lub bookcrossing.com i dodaniu książki do bazy. Tak można otrzymać dla swojej książki unikalny numer BID, który później pozwala śledzić trasę, jaką przeszła i dołączyć ją do globalnego systemu monitoringu.


Na zdj. Jolanta Niwińska
- Chodzi przede wszystkim o to, żeby ocalić książki od kurzu i zapomnienia
- tłumaczy Jolanta Niwińska, koordynator ruchu boocrossingowego w Polsce. - Żyjemy w czasach, kiedy czytelnictwo staje się elitarne, kiedy miejsce książki wypiera internet. A nam zależy na tym, żeby tę kulturę czytania podtrzymać. Żeby dbać o serdeczność wobec literatury.

Na stronie bookcrossing.pl, którą zarządza, są zarejestrowane ponad 22 tysiące użytkowników. Do tej pory uwolnili 161 tysięcy książek. Ale dane nie oddają skali zjawiska. - Pokazują głównie ludzi młodych, oswojonych z technologiami - podkreśla Niwińska. - A bookcrossing to też ludzie starsi lub nieskomputeryzowani, którzy także wymieniają się między sobą książkami. Tym bardziej, że mają do nich inny, często bardziej sentymentalny stosunek.

Nazwaliśmy to, co istniało zawsze


Na zdj. Monika Hoduń
Bookcrossingowcom przyświeca jeden cel: dzielić się książką z innymi. Chociaż zjawisko jest stosunkowo nowe, a nazwa przyszła zza oceanu, sam proceder istnieje tak długo, jak sama literatura. - Książkowa poczta pantoflowa działa od zawsze. Ktoś do mnie przychodzi, zabiera z półki książkę, ja idę do niego i też coś zabieram. A później między nami jest kilka tygodni ciszy, żeby nie sprowokować się nawzajem do odzyskiwania - opowiada Monika Hoduń, studentka dziennikarstwa i filozofii.

Sama robi notatki na marginesach, stawia wykrzykniki przy fragmentach, które lubi, zagina rogi i ślini palec, kiedy przewraca stronę. - Taką wyślinioną i podotykaną książkę niełatwo oddać - przyznaje. Ale z uwalnianiem książek nie ma problemu. Zwłaszcza, gdy jest w podróży.

- Książki mają swój ciężar. Można z nimi pojechać, można nie wrócić - przyznaje. Na wyprawę do Tiznitu zabrała ze sobą Zawał Białoszewskiego. Zaraz potem wyjeżdżała do Marrakeszu, ale - jak mówi - Mironowi było już nie po drodze.


Northamptonshire, fot. inkognitoh/CC BY-NC 2.0/Flickr
W korytarzu hotelu, w którym spała, stała gablota, wypełniona książkami w kilku językach. Wśród nich były głównie przewodniki po Maroku, po angielsku i francusku, do tego trochę kryminałów, powieści w wydaniach kieszonkowych, bo takie mieszczą się w plecakach turystów.

- Pomyślałam, że to dobre towarzystwo. Może Miron został w Tiznicie, a może jedzie właśnie do Marrakeszu albo Fezu zjeść smażonych krewetek na placu Dżemaa el-Fna i popija wszystko whisky marocain - żartuje.

Lepiej, niech czytają za darmo, niż żeby nie czytali wcale

Badania czytelnictwa nie są dla książek łaskawe. 56 procent Polaków nie czyta wcale, a zaledwie 12 czyta więcej niż sześć książek rocznie. Na tle Europy wypadamy więc blado. Dla porównania, we Francji czyta aż 70 procent obywateli. Więcej niż wspomniane sześć książek - aż 35 procent. Dlaczego więc w Polsce sytuacja przedstawia się aż tak słabo?


Na zdj. Agnieszka
Krawczyk
- Pisarze, z którymi się przyjaźnię, twierdzą, że to VAT wykończył rynek
- tłumaczy Agnieszka Krawczyk, pisarka, autorka takich książek jak Napisz na priv czy Magiczne miejsce. - Ja sama mam wrażenie, że to jednak kryzys odpowiada za słabą sprzedaż. Przyjemności kulturalne zaczynają spadać na szary koniec w planowaniu wydatków.

Skoro więc ludzi nie stać na kupowanie książek, trzeba zachęcać ich do czytania także na inne sposoby. Tu z pomocą przychodzi bookcrossing. - Automatycznie uruchamia naturalny instynkt łowcy: książka leży, czeka, można ją upolować - zauważa Krawczyk.

Ale nie wszyscy patrzą na zjawisko tak przychylnym okiem. Już na początku akcji w Stanach Zjednoczonych pojawiły się pierwsze głosy sprzeciwu. Bo skoro każdy może wziąć sobie książkę za darmo, to po co miałby za nią płacić? Część wydawców oburzyła się więc, że sprzedaż spadnie jeszcze drastyczniej, a ludzie na dobre oduczą się płacenia za książki. Wygrał jednak rozsądek.


Szkocja, fot. swan-scot/CC BY-NC-ND 2.0/Flickr
- Każda idea, akcja, która przyczynia się do promocji książek i czytelnictwa jest godna nie tylko pochwały, ale także poparcia i wypromowania
- uważa Ewa Bolińska-Gostkowska z wydawnictwa Znak.

Żadnego zagrożenia więc tutaj nie widzi, wręcz przeciwnie. - Wspieranie czytelników i czytelnictwa jest nie tylko obowiązkiem, ale i przyjemnością. Wie o tym każdy, kto raz zakochał się w książce - zapewnia. Tego samego zdania jest Jolanta Niwińska. - Ten ruch nie jest tak duży, żeby komukolwiek zagroził. O rynek książki byłabym więc spokojna - mówi.

Podobnego zdania są też sami pisarze. - Jako autorowi bardziej przeszkadzają mi pirackie serwisy ze zeskanowanymi książkami, to jest rzeczywisty zamach na prawa autorskie twórców - przyznaje Krawczyk. A bookcrossing traktuje właśnie jak bibliotekę, gdzie literatura wędruje z rąk do rąk.

A czy sama zabiera do domu tak porzucane książki? - Oczywiście, też mam instynkt łowcy! - śmieje się. Raz upolowała Życie wśród dzikusów Shirley Jackson w... przedszkolu swojego dziecka. Przyznaje, że wśród jej znajomych książki krążą nieustannie, zwłaszcza te z nurtu literatury popularnej.


Gateshead, fot. timojazz/CC BY-NC 2.0/Flickr
- Raz moja kuzynka wprowadziła do obiegu ewidentnego gniota. Nie podam tytułu, ale był to zagraniczny romans, pseudohistoryczny. Z zaciekawieniem obserwowaliśmy obieg tej książki, śledziliśmy, u kogo się zatrzyma, bo nie będzie już nikogo chętnego do przeczytania jej - wspomina.

I tu pojawia się kolejny zarzut wobec bookcrossingu - do obiegu często trafiają te książki, których nikt już nie chce: słabe, wybrakowane, zniszczone. Także lektury, przerzucane między uczniami jak gorący kartofel. Ale Krawczyk nie zraża się. - Może warto przeczytać od czasu do czasu choćby i gniota, by tym mocniej docenić dobre książki - kwituje. A w sukurs przychodzi jej Niwińska. - Książka nigdy nie jest śmieciem. Zawsze znajdzie czytelnika - zapewnia.

Akcja świetna, ale nie w tym kraju?

Podstawową zasadą i zarazem największą bolączką bookcrossingu jest jednak wzajemność. Na czym polega problem? Ludzie chętnie przygarniają bezdomne książki, ale oddawać swoich już nie zamierzają. Dlatego choć akcja spotyka się z głośnym odzewem i powszechnym entuzjazmem, to w praktyce czasem zawodzi.


Na zdj. Gabriel Leonard
Kamiński
- Sam od początku byłem za. Pisaliśmy o tym na naszym portalu, wstawialiśmy anonse. Ale wkrótce okazało się, że pomył doskonały, tylko nie w tym kraju, który cywilizacyjnie dorasta wyłącznie do nazywania go Bantustanem
- mówi ostro Gabriel Leonard Kamiński, dziennikarz, księgarz i wydawca z Portalu Księgarskiego.

Z czego to wynika? Jego zdaniem, z dzisiejszego podejścia do książki. Minęły bowiem czasy, kiedy była ona traktowana jak rzecz niemal święta, miała swoje miejsce na półce i zapis w domowym rejestrze. - Dziś to tylko towar, jak wszystko inne, który chcemy po prostu mieć i już - uważa Kamiński. I wytyka nam czytelniczy egoizm. - Jesteśmy społeczeństwem ludzi spauperyzowanych, ciągle goniących za kasą, zmęczonych, zestresowanych. Nie czujemy, że akcja ta polega na wzajemności.

Wiele osób uważa zresztą, że książki im się należą. Zabierają je do domów, nigdy już później nie puszczając ich w obieg. Do tego nie dokładają nic od siebie. Dlatego Kamiński jest zdania, że bookcrosing jest dobry, ale pod kontrolą. Czyli tam, gdzie pilnuje tego nauczyciel, bibliotekarz. - Ale nie w tramwaju, na ulicy czy parapecie. Książki przyniesione zaraz ktoś bierze, ale nie da nic w zamian, bo albo zwyczajnie nie ma, albo nie czuje chęci podzielenia się z innymi - dodaje.


Na zdj. skrzynka do bookcrossingu we Wrocławiu, fot. Leszek Kotarba/East News

Jego zdaniem, akcja ma szanse powodzenia co najwyżej w ścisłych, znających się gremiach: klubach czytelniczych, czytelniach, akademikach. - Nie sądzę jednak, żeby ją zaakceptowała i przestrzegała jej zasad tak zwana ulica - kwituje.


Na zdj. Rafał Dutkiewicz,
fot. Tomasz Brankiewicz
Nie wszyscy się tym jednak przejmują. Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, kilka miesięcy temu sam otwierał skrzynkę do bookcrossingu, która stanęła przy Dworcu Głównym.

Ostatnio organizatorki poskarżyły mu się, że z estetycznych skrzyneczek, poprzez które dokonuje się wymiany książek, wkładane egzemplarze znikają w kosmicznym tempie i rzadko kiedy można je tam znaleźć. - Ku ich zaskoczeniu odpowiedziałem, że to przecież bardzo dobrze, bo oznacza że wrocławianie cierpią na głód literatury i tak go zaspokajają - opowiada.

I cieszy się, kiedy kolejne lektury tak szybko znikają. - Bookcrossing przedłuża życie książek i daje radość tym, dla których wydatek kilkudziesięciu złotych na nową pozycję może być problemem - dodaje.

Jak list w butelce
Hiszpania, fot. luiszamarreno/
CC BY-ND 2.0/Flickr
Plus jest jeszcze jeden - bookcrossing to świetna okazja do poznania nowych ludzi. Mitingi, happeningi, kluby dyskusyjne - każdy może na nie przyjść i porozmawiać o książkach.

Tak tworzy się forum wymieniaczy, na którym można umówić się na przekazanie książek, podzielić informacjami o miejscach pozostawień, wymienić wrażeniami z lektury. Jest też opcja dla nieśmiałych - wymieniacze zostawiają w książkach prywatne karteczki bądź zapiski po wewnętrznej stronie okładki.

Nic więc dziwnego, że San Francisco Chronicle okrzyknął bookcrossing współczesnym listem w butelce. - Dawniej był to sposób kontaktu między ludźmi, oddalonymi od siebie choćby i tysiące kilometrów. Albo setki lat - przypomina Jolanta Niwińska. - Dziś to samo można zrobić z książką.


Joanna Pachla

2013-02-22 06:10:45

Tagi:

książka,

biblioteka,

bookcrossing

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Masz szansę rozpocząć ciekawą dyskusję.
  • 1 Renovatio
  • 2 Best Of Cesaria Evora
  • 3 The Last Ship [Polska cena]
  • 4 Jestem
  • 5 Comfort And Happiness
  • 6 Lightning Bolt [Digipack]
  • 7 The Singles
  • 8 82-85
  • 9 Vena Amoris
  • 10 The Best Of Simon & Garfunkel
Ranking powstaje przy współpracy: Merlin
  • 1 Układ zamknięty
  • 2 BBC. Planeta ziemia (Box)
  • 3 Imagine
  • 4 Sugar man
  • 5 Ranczo - sezon 7
  • 6 Syberiada Polska
  • 7 Kurosawa 1957-1961
  • 8 Kurosawa 1948-1954
  • 9 Kolekcja Luis Bunuel
  • 10 Kurosawa 1962-1970
Ranking powstaje przy współpracy: Merlin
  • 1 Inferno
  • 2 Ciemno, prawie noc
  • 3 Przyjaciółka z młodości
  • 4 Skąd się biorą dziury w serze?...
  • 5 Drogie życie
  • 6 Policja
  • 7 Taniec szczęśliwych cieni
  • 8 Dzienniki 1945-1950
  • 9 Ostatnie rozdanie
  • 10 Eli, Eli
Ranking powstaje przy współpracy: Merlin