Autobiografia "Burzliwe życie tancerki" Krystyny Mazurówny to pasjonująca książka o artystce, która jako pierwsza w Polsce zatańczyła jazz i kobiecie, która nie wahała się przełamywać obyczajowego tabu.
Z okładki spogląda tajemnicza, odważna i nieco zadziorna blondynka. Zadziwiająco podobna do Anji Rubik, na niektórych zdjęciach Krystyna Mazurówna wygląda jak jej sobowtór, ale sprzed kilkudziesięciu lat. Dziś można byłoby powiedzieć, że sporo je łączy. Zwłaszcza upodobanie do stylowych ubrań i chęć zwracania na siebie uwagę. Zawodowa, czy nie, to nieistotne.
Różnica między obydwiema paniami jest jednak taka, że podczas gdy każda dzisiejsza nastolatka i jej starsza o kilka lat siostra wiedzą, kim jest Anja Rubik, Krystynę Mazurównę byłaby w stanie zidentyfikować raczej ich mama.
Warto to zmienić, podobnie jak w latach sześćdziesiątych Mazurówna drobnymi krokami zmieniała oblicze polskiego tańca współczesnego. Najpierw odważyła się rzucić balet klasyczny i odejść ze słynnego zespołu Opery Warszawskiej, by zatańczyć z legendarnym wówczas solistą i choreografem Witoldem Grucą. Potem zapragnęła tańczyć jazz. Leopold Tyrmand hamował jej entuzjazm. –O, nie, jazzu się nie tańczy, trzeba go tylko słuchać - powiedział kiedyś Mazurównie. Ona nie posłuchała Tyrmanda, tylko jazzu i była pierwszą w naszym kraju tancerką, która stworzyła oryginalną choreografię do improwizowanej muzyki.
W międzyczasie szokowała nie tylko ruchem na scenie, ale głównie własnym życiem. Ze związku z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem urodziła syna i bynajmniej nie chciała ślubu ze znanym publicystą. Potem ta chęć pielęgnowania niezależności doprowadziła do rozłamu w związku. Toeplitz mógł mieszkać z kobietą bez papierka USC, ale najchętniej widziałby ją z dala od światowej kariery. Tymczasem Mazurówną ciągnęło do szerzej zakrojonych inicjatyw. W międzyczasie wyszła za mąż za aktora amanta Tadeusza Plucińskiego, ale i tym razem zwyciężył taniec. Przez kilka lat była w związku z Wacławem Kisielewskim, połową słynnego fortepianowego dua Marek i Wacek, który jednego wieczoru przegrywał przy pokerowym stoliku równowartość dobrego zachodniego auta.
Podczas jednego z tournee zasmakowała Paryża, który wkrótce stał się jej drugim domem, także prywatnie, bo urodziła tam jeszcze dwójkę dzieci. Wprawdzie nad Sekwaną nie była już "tą Mazurówną", ale i tak założony przez nią zespół sprawnie funkcjonował, a sama tancerka i choreografka miała sporo pracy.
Jak przeżyła w drapieżnym kapitalizmie? Zachowując poczucie humoru, nadekspresję i morderczą dyscyplinę. Kiedy opisuje, jak przygotowała show kankana dla Lizy Minelli w ciągu jednego dnia musiała zorganizować suknie do tańca dla kilkunastu tancerek, a każdy z tych kostiumów wymagał katorżniczej krawieckiej pracy.
Dla wielu Polek Mazurówna pozostała synonimem niezależnej kobiety, która w siermiężnej komunie zawsze wyznaczała trendy, od tańca począwszy, na obyczajach skończywszy. I nie wstydziła się, ani nie obawiała stawiać na swoim. Jej autobiografię, mimo tego że dosyć sążnista, połyka się w kilka wieczorów, bo Mazurówna pisze otwarcie, z dowcipem, szczerze przyznając się momentami do swojej ignorancji w dziedzinach innych niż taniec. Świetnym kontrapunktem dla opowieści są zdjęcia, recenzje pieczołowicie zebrane i dowcipnie podpisane przez autorkę.
|
Zobaczcie choreografię autorstwa Krystyny Mazurówny i ją samą
|
| < |