Kultura Sztuka O tym, czy dotknął go kryzys, co myśli o aktorach występujących w reklamie i dlaczego denerwuje go m...
Kultura

O tym, czy dotknął go kryzys, co myśli o aktorach występujących w reklamie i dlaczego denerwuje go mówienie, że widz jest klientem, opowiada Wojciech Malajkat

O tym, czy dotknął go kryzys, co myśli o aktorach występujących w reklamie i dlaczego denerwuje go mówienie, że widz jest klientem, opowiada Wojciech Malajkat [fot: Jacek Dominski/Reporter]

- Nie można powiedzieć, że teatr to produkcja, tak jak mówi się o produkcji czajników czy mydła - obrusza się, kiedy wspomnieć o prawach rynku. Ale sam wie, że od ekonomii nie da się uciec. Dlatego tłumaczy, czym jest dzisiaj kryzys w teatrze, dlaczego widzów mu nigdy nie braknie i jak reaguje na wieść o kolejnym aktorze, ulegającym pokusie łatwego zarobku.

Zajmowanie się teatrem w Polsce jest zajęciem wdzięcznym? Mamy takie nazwiska jak Krzysztof Warlikowski, Grzegorz Jarzyna, Krystian Lupa. Paradoksalnie, łatwiej im wystawić się w Paryżu niż w Warszawie.

Wojciech Malajkat, aktor, reżyser i dyrektor Teatru Syrena w Warszawie: To tylko dowód na to, że od ekonomii nie da się uciec. Ale nie wiem, czy w tej chwili jakiekolwiek zajęcie jest wdzięczne, skoro wszyscy chcą zaoszczędzić na wszystkim. Czy bycie sprzedawcą w supermarkecie to wdzięczne zajęcie? Pewnie nie, skoro stale dokładają liczbę godzin, a nie rekompensują tego finansowo. Czy prowadzenie wielkiej fabryki mydła w czasach, kiedy sprzedaż spada, trzeba likwidować kolejne stanowiska, pozbawiać ludzi pracy, jest wdzięczne? Też chyba nie. Tak samo z prowadzeniem teatru.

Może zatem teatrów jest za wiele i dlatego brakuje pieniędzy? Państwo nie zdoła utrzymać wszystkich.

Widocznie jest pewna siła w artystach, która pozwala im te wszystkie przedsięwzięcia kontynuować. Gdyby robili spektakle, na które nie byłoby popytu, prędzej czy później musieliby ponieść klęskę. Natomiast dopóki ludzie nie przestają chodzić do teatrów, to znaczy, że jest ich tyle, ile należy.

A jeżeli dotacje znikną zupełnie? Teatry przetrwają wyłącznie dzięki widzowi?

Nie. Jeśli nie ma dotacji, bilet musi kosztować 300 złotych. A czasy są takie, że nikt nie kupi w ciągu miesiąca pięciu tak drogich wejściówek.

Dlatego tak głośny był protest środowiska: Teatr nie jest produktem/widz nie jest klientem.

Bo nie jest. Jest formą emocji. Nie można powiedzieć, że to jest produkcja, tak jak mówi się o produkcji czajników czy mydła.

Ale to nie jest znak naszych czasów? To, że nasza kultura stara się wszystko sprowadzić do kategorii rynkowych? Klient, produkt, kupno, sprzedaż.

Ja tak nie robię, więc nie wiem.


Trener życia, fot. Krzysztof Bieliński
Czyli nie pozwala Pan złożyć widzowi też reklamacji.

Dla mnie reklamacją jest jego absencja. To, że nie wróci, nie kupi biletu. Bo to oznacza, że emocje, które zaserwowaliśmy danego wieczoru, były niewystarczające.

Dużo ma Pan zatem tych reklamacji?

Nie, ludzie do mnie wracają, czasem nawet kolejny raz na te same spektakle. A skoro u mnie takich reklamacji nie ma, nie godzę się na takie słownictwo.

Ale nie udajecie też, że prawa rynku nie istnieją. Walczycie z konkurencją, wychodzicie do widza, promujecie się. Bo chyba nikt już nie wierzy, że bez zabiegania o widza, bez kuszenia go, przetrwa.

Zdaje się, że wszystkie teatry skończyły już z takim oglądaniem się z pogardą w stronę PR-u. Dzisiaj nie da się zainteresować nikogo jedynie plakatem. Nie widzę w tym nic złego.

A w tym, że dyrektorów scen zastępuje się menadżerami ze świata biznesu?

Ja bym nie miał nic przeciwko temu, żeby dyrektorem naczelnym teatru, który prowadzę, był człowiek, który ma za sobą studia ekonomiczne czy prawnicze. Ale powinien być przy tym wielkim pasjonatem kultury. Dyrektorem artystycznym powinien być natomiast artysta.

A kim powinien być widz? Nadal wywodzi się z intelektualnej elity, jest widzem wytrawnym, świadomym?


Trener życia, fot. Krzysztof Bieliński
Tego nie wiem. Powinien być natomiast spragniony emocji - to one są tu najważniejsze. Dlatego liczę, że moi widzowie będą ludźmi, którzy coś poczują w teatrze. Nie zawsze trzeba być wyjątkowo oświeconym i wykształconym człowiekiem. To jest już sprawa drugorzędna.

Dlatego zresztą uważam, że każdy przynajmniej raz w życiu powinien przyjść do teatru. Zobaczyć to, usłyszeć, odczuć. Spróbować. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Jeżeli ktoś mówi, że nie chodzi do teatru, bo nie, to ja tego nie rozumiem. Nie można dobrowolnie rezygnować z czegoś, czego się nie doświadczyło, o czym się nie ma pojęcia. Ale nie wdawałbym się w analizowanie kondycji współczesnego widza, po co mi to?

Po to, żeby wiedzieć, co mu zaoferować. Czym go przyciągnąć.

Chyba wiem. Ludzie przychodzą do mnie. Wychodzą, wracają.

Chociaż czasy nie są sprzyjające, przecież ciągle mówi się o kryzysie. Czy to tylko słowo-wytrych?

Wytrych? Na pewno, bo dużo ludzi się nim zasłania. I to takich, którzy decydują o pieniądzach. O tym, gdzie i jak je wydawać, komu dać więcej, komu mniej. A komu nie dać wcale. Tu zaczyna się problem, bo w dzisiejszym świecie bez pieniędzy właściwie nic już nie da się zrobić. Włącznie z kulturą.


Przebudzenie, fot. Krzysztof Bieliński
Czyli jego skutki musi Pan odczuwać także na własnej skórze.

Niestety. Przez to, że kryzys jest teraz wymówką na wszystko, mamy naprawdę spory kłopot. Sam ciągle muszę borykać z tym, żeby moje marzenia i plany móc w końcu zrealizować. Jako dyrektor i jako artysta. Tymczasem to ekonomia decyduje o wielu rzeczach. Zwykle za mnie.

Nie irytuje Pana, że o losach teatru stanowią urzędnicy? Ludzie, którzy często nie mają o nim pojęcia.

Nigdy nie powstało idealne rozwiązanie. Wystarczy spojrzeć wstecz, poszukać trochę w historii. Kiedy to wszystko było zcentralizowane, było źle. Teraz, kiedy losy teatrów leżą w gestiach samorządów, też nie jest dobrze. Brakuje pieniędzy, którymi mogłyby dysponować. A przez to, że brakuje im, brakuje i nam.

Ma Pan receptę, jak sobie z tym poradzić?

Chyba nie ma modelu, który by się sprawdził w stu procentach.

Ale na pewno ma Pan wizję, propozycję.

Boję się, że trzeba będzie zbudować coś na gruzach starego. Nie potrafię tego teraz nazwać, podać recepty. Tak, jak nie umiałbym dzisiaj zorganizować w pojedynkę tego jedynego, słusznego modelu. Jedno jest pewne: stary musi runąć. Być może wtedy ta katastrofa - bo pewnie będzie to musiała być katastrofa - spowoduje, że wyrośnie coś zupełnie nowego i optymalnego. Ale czy to będzie ideał - nie wiem. Gdyby takowy był do osiągnięcia, ludzie pewnie już by go wymyślili. Przecież teatr istnieje tak długo jak człowiek.

I chyba ciągle tak samo jest mu potrzebny. W czasach kryzysu ludzie muszą oszczędzać, a oszczędzanie najłatwiej zacząć od zbytków. Tymczasem ilekroć próbuję zarezerwować bilet, wszystkie są już wyprzedane.


Klub hipochondryków, fot. Krzysztof Bieliński
Bo ludzie w teatrze cały czas są i myślę, że zawsze będą. Że człowiek do końca swojego istnienia będzie odczuwał potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem. I to takim, który poprzez wywołanie odpowiednich emocji pozwoli mu przejrzeć się w tym zwierciadle, jakim jest teatr.

Natomiast ekonomia jest czynnikiem mocno hamującym. Nie możemy udawać, że kryzysu nie ma, że nie widzimy problemu. My go odczuwamy i to bardzo dotkliwie. Ludzie nie chodzą do teatru tak często, jak byśmy sobie tego życzyli, bo ich na to nie stać.

Przy okazji teatr przestał być też chyba bezkonkurencyjny. Mamy kina, galerie, wystawy. Jest dużo innych rozrywek, za podobne pieniądze.

Tego dylematu już nie rozstrzygnę. Problemem na pewno jest to, że ludzie są zajęci. Głównie tą gonitwą za pieniądzem, ciągłymi wydatkami, szukaniem sposobów na ograniczenie ich.

Wam natomiast ograniczono dotacje, bo Syrena została uznana za teatr rozrywkowy. Co w tym złego? Jest kryzys, ludzie chcą się bawić.

Teatr już z definicji jest przecież rozrywką. Tylko my rozrywkę kojarzymy w zupełnie inny sposób. Teatr jest rozrywkowy w tym sensie, że stanowi rozerwanie tego ciągu zdarzeń, który nas dotyczy na co dzień. Przyjście do teatru jest zerwaniem pewnego łańcucha. Czy przychodzimy po łzy, czy po uśmiech, to jest już inna sprawa. Nam natomiast zarzucano, że zbyt dużo dajemy uśmiechu, a za rzadko sięgamy po głębsze emocje.

A nie było tak?


Klub hipochondryków, fot. Krzysztof Bieliński
Od wielu sezonów na pewno już nie jest. Poza tym są przecież teatry, którym w ogóle odcięto dostęp do publicznych pieniędzy. Więc ja, na ich tle, nie mam chyba prawa narzekać. Natomiast wciąż tych pieniędzy jest za mało, abym mógł spełnić marzenia o takim teatrze, jaki chciałbym realizować.

Jaki to miałby być teatr?

Taki, który objąłby repertuarem średnią warstwę społeczeństwa. Który dałby i refleksję, i pewien oddech. Który rozwiązywałby problemy, z jakimi ludzie nie mogą sobie poradzić na co dzień. Chcemy stawiać pytania na tematy bieżące i próbować na nie odpowiedzieć. Tak, żeby ludzie mogli się dzięki nam uczyć, jak radzić sobie w życiu. Stąd na przykład w repertuarze aż trzy sztuki, dotyczące życia w korporacji.

Czyli na wskroś współcześnie. To znaczy, że stary, klasyczny repertuar już się wyczerpał?

Nie, dlaczego? Nic takiego nie powiedziałem. Ale chcę się zajmować w teatrze tym, co dotyka również współczesnych ludzi. Co nie znaczy, że nie można o tym mówić Hamletem. Wierzę, że można.

A odczuwa Pan spłycenie repertuarów, umasowienie kultury? Sztuki są mniej ambitne?

Nie prowadzę statystyk, nie potrafię powiedzieć, których jest więcej, których mniej. I czy w ogóle jest jakieś umasowienie. Mogę tylko powiedzieć, że w moim teatrze zajmujemy się tym, czym ja - jako dyrektor artystyczny - chciałbym się zajmować.

Interesuje Pana to, co aktorzy robią poza teatrem? Sporo z nich rozmienia się na drobne, grywa w serialach. Idą tam, bo z teatru nie da się wyżyć?


Przebudzenie, fot. Krzysztof Bieliński
Aktorzy to przede wszystkim ludzie, którzy muszą się rozwijać. Sztuka aktorska to umiejętność pobudzania wyobraźni, a wszechstronność to wielka zaleta. To, że grają w serialu, filmie lub innym teatrze, to tylko część ich rozwoju. Czy to się przy okazji przekłada na pensje? Pewnie tak. Skoro mają więcej pracy, to i zarabiają więcej pieniędzy. Ale ja tego nie sprawdzam, nie kontroluję. Interesuje mnie ich rozwój jako artystów, to on jest dla mnie najważniejszy.

Tylko trudno chyba mówić o rozwoju, gdy reklamuje się proszek do prania. Albo kredyt.

Żadna praca nie hańbi. Jeśli ktoś chce iść do reklamy, bardzo proszę. Dopóki nie kradnie, jest dobrze. Ważne jest też to, czy to się nie dzieje moim kosztem, kosztem teatru. Czy aktor ma jeszcze czas na inne rodzaje działalności artystycznej. Jeżeli mój pracownik znajduje czas na grywanie w reklamie - mnie nic do tego. Niech robi, co chce. I co uważa za słuszne.

A jest Pan zadowolony ze swoich aktorów? Udało się Panu zbudować zespół, z którego byłby Pan dumny?

Mamy w teatrze świetnych aktorów: Piotra Polka, Krystynę Tkacz, Piotra Szwedesa. Gościnnie grają u nas Danuta Stenka, Zbigniew Zamachowski, Hanna Śleszyńska. Ale proces tworzenia zespołu trwa.

Kiedy uzna go Pan za kompletny?

Jerzy Grzegorzewski mówił, że zespół jest wtedy, kiedy możemy nim zagrać Wesele Wyspiańskiego. Czyli mamy w nim pełen przekrój osobowości, mentalny i pokoleniowy. Ja taki zespół buduję.

 

WOJCIECH MALAJKAT


Wojciech Malajkat,
fot. Leszek Kotarba/East News
Wojciech Malajkat - aktor teatralny i filmowy, reżyser, pedagog, wykładowca. Od 2009 roku dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Syrena w Warszawie.

 

Skończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, posiada tytuł profesora sztuki teatralnej. W czasie swojej kariery występował w Teatrze Studio i Teatrze Narodowym w Warszawie, gościnnie także m.in. w Teatrze Scena Prezentacje w Warszawie.

 

Na swoim koncie ma także role kinowe (ostatnio m.in. w Listach do M., Szatanie z siódmej klasy i Miłości w przejściu podziemnym) oraz serialowe (WOW, Codzienna 2 m. 3, Bao-Bab, czyli zielono mi).

 

Role teatralne w repertuarze Teatru Syrena:

 

2012 – Przebudzenie, reż. Redbad Klijnstra

2011 – Trener życia, reż. Wojciech Malajkat

2011 – Lawrence & Holloman, reż. Grzegorz Chrapkiewicz

2010 – Zamach na MoCarta, czyli jeżeli śpiewać, to nie indywidualnie reż. Krzysztof Jaślar

2006 – Klub hipochondryków 2, czyli coś dla ducha, reż. Wojciech Malajkat

2003 – Klub hipochondryków, reż. Wojciech Malajkat

 


Joanna Pachla

2012-12-14 06:37

Komentarze

  • 14.12.12, 09:01:13

    ~Punch napisał(a):
    Sympatyczny, dowcipny, lubimy Go ale się oddala, wszak rządzi PO, więc na Kulturę brak miejsca, będą kabarety których dowcip i aktualność w porównaniu z Dudkiem czy bezkonkurencyjnym Starszych Panów jest jak porównywanie ponurego goryla siedzącego w klatce i robiącego pod siebie ze sceną np. Teja.
  • kobieta pracująca

    14.12.12, 15:59:40

    kobieta pracująca napisał(a):
    nie lubię go jakoś, nie wiem co w sobie takiego rytującego ma, ale tak na mnie działa i nie potrafię nawet podać argumentów logicznych jakichś
  • 14.12.12, 19:40:54

    ~wow napisał(a):
    ale w WOW był super!
  • 1 Renovatio
  • 2 Best Of Cesaria Evora
  • 3 The Last Ship [Polska cena]
  • 4 Jestem
  • 5 Comfort And Happiness
  • 6 Lightning Bolt [Digipack]
  • 7 The Singles
  • 8 82-85
  • 9 Vena Amoris
  • 10 The Best Of Simon & Garfunkel
Ranking powstaje przy współpracy: Merlin
  • 1 Układ zamknięty
  • 2 BBC. Planeta ziemia (Box)
  • 3 Imagine
  • 4 Sugar man
  • 5 Ranczo - sezon 7
  • 6 Syberiada Polska
  • 7 Kurosawa 1957-1961
  • 8 Kurosawa 1948-1954
  • 9 Kolekcja Luis Bunuel
  • 10 Kurosawa 1962-1970
Ranking powstaje przy współpracy: Merlin
  • 1 Inferno
  • 2 Ciemno, prawie noc
  • 3 Przyjaciółka z młodości
  • 4 Skąd się biorą dziury w serze?...
  • 5 Drogie życie
  • 6 Policja
  • 7 Taniec szczęśliwych cieni
  • 8 Dzienniki 1945-1950
  • 9 Ostatnie rozdanie
  • 10 Eli, Eli
Ranking powstaje przy współpracy: Merlin