Kariera Ludzie Ola Dzik - pierwsza polska Śnieżna Pantera?

Ola Dzik - pierwsza polska Śnieżna Pantera?

Ola Dzik - pierwsza polska Śnieżna Pantera? [fot: Leszek Kopczyński]

Aleksandra Dzik ma szansę stać się pierwszą Polką, która uzyska tytuł ''Śnieżnej Pantery'', jaki przyznawany jest zdobywcom pięciu szczytów byłego ZSRR. Do tego sukcesu brakuje jej jeszcze tylko Piku Pobiedy.

Na szczyt w ramach ''Tien-Shan 2009 - Polish Female Expedition" wyruszają razem z Olą tylko kobiety: Aleksandra Ihnatowicz, Joanna Stasielak, Katarzyna Suszczyńska.

Dla Aleksandry Dzik wejście na Pik Pobiedy będzie równoznaczne z uzyskaniem przez nią tytułu ''Śnieżnej Pantery'', przyznawanego zdobywcom pięciu siedmiotysięczników byłego ZSRR.

Dotychczas wszystkie z pięciu szczytów i uzyskanie tytułu ''Śnieżnej Pantery'' udało się Marcinowi Hennigowi, Marcinowi Miotkowi oraz Marcinowi Kaczkanowi. Tytułu tego nie posiada jeszcze żadna Polka.

iWoman.pl: Wyprawa ''Tien-Shan 2009 - Polish Female Expedition'' to wyprawa kobieca, skąd się wziął pomysł i dlaczego zdecydowały się Panie na wyjazd bez przedstawicieli płci męskiej? Patrząc z boku można by powiedzieć, że to swoisty manifest niezależności i samodzielności oraz siły kobiet.

Aleksandra Dzik, alpinistka: Zgadza się, na pewno jest to trochę tego rodzaju manifest oraz chęć pokazania, że my kobiety, też potrafimy. Choć jednocześnie nie chcemy pokazać, że jesteśmy lepsze, silniejsze czy wytrzymalsze od mężczyzn. Bo nie jesteśmy. Nasze organizmy różnią się od męskich pod wieloma względami i choć nie stawia nas to w górach wysokich na gorszej pozycji niż mężczyzn, to jednak temu, że w wielu aspektach mężczyznom jest łatwiej, zaprzeczyć się nie da.

Nasze motywacje do wyjazdu w kobiecym gronie ujęłabym więc raczej jako chęć sprawdzenia się i odpowiedzenia sobie samym na pytanie, czy możemy myśleć o dalszej działalności górskiej w kobiecym gronie. Do tej pory każda z nas jeździła w góry wysokie w zespołach męskich lub z przewagą mężczyzn.

I choć nikt nam nigdy plecaków nie nosił ani nie wciągał nas na szczyt, to jednak świadomość, że w razie czego można było liczyć na siłę i doświadczenie męskiego partnera, na pewno dużo dawała. A co by było, gdyby na to męskie wsparcie nie można liczyć, gdyby tak ,,utrudnić sobie życie" i spróbować samodzielnie? To pytanie chodziło mi po głowie już od dawna ale nie wierzyłam, że znajdę zespół. Aż pewnego dnia poznałam dziewczyny, które myślą tak samo. I tak zaczął się rodzić nasz ,,Female Team".

Wyprawa ''Tien-Shan 2009 - Polish Female Expedition'' to dla Pani także szansa na zdobycie Piku Pobiedy, a to oznacza, że zdobędzie Pani tytuł ''Śnieżnej Pantery'', jakiego jeszcze nie ma żadna Polka. Jak ważne jest dla Pani uzyskanie tego prestiżowego tytułu?

Tak naprawdę to wyprawa stanowi cel sam w sobie. Jest czymś, na co czekam, do czego się przygotowuję, czemu poświęcam bardzo wiele uwagi. Zdobycie szczytu, a tym bardziej uzyskanie tytułu, jest tak naprawdę czymś drugorzędnym. Gdyby chodziło tu o społeczny prestiż, to przecież jest tysiąc innych sposobów jego uzyskania, nie wymagających marznięcia, jedzenia niezbyt smacznych liofilizatów i niemycia się przez wiele dni.

Z drugiej strony twierdząc, że nie zależy mi na wejściu na obydwa szczyty, a wątek ''Śnieżnej Pantery'' służyć ma tylko promocji przedsięwzięcia i przyciągnięciu sponsorów, skłamałabym. Zależy mi bardzo i na każdym ze szczytów i na ''Śnieżnej

Aby uzyskać tytuł "Śnieżnej Pantery" trzeba zdobyć:
szczyt Awicenny (dawniej Pik Lenina , 7134 m n.p.m.), Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.), Pik Somoni (dawniej Pik Kommunizma, 7495 m n.p.m.), Chan Tengri (7010 m n.p.m.) oraz Pik Pobiedy (7439 m n.p.m.).
Panterze''. To niesamowite uczucie zrobić coś jako pierwsza Polka, nawet jeśli nie jest to wydarzeniem medialnym ani nie stanowi wyczynu sportowego na światową skalę. Pamiętam jak po powrocie z tegorocznej zimowej wyprawy na Elbrus dowiedziałam się, że najprawdopodobniej przede mną na szczycie nie było jeszcze zimą naszej rodaczki. Moment stanięcia na wierzchołku, wyciągnięcia polskiej flagi - te wspomnienia stały się wówczas jeszcze bardziej ważne i niepowtarzalne.

Dlaczego akurat Pik Pobiedy? Co takiego w sobie ma ta góra, że Panią i pozostałe uczestniczki zafascynowała?

Pik Pobiedy jest przede wszystkim górą trudną, bardzo poważnym wyzwaniem.

Uznawany jest za jeden z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych siedmiotysięczników świata. W sezonie dokonuje się kilku wejść, a bywają i takie lata, kiedy nikt nie osiąga wierzchołka. Charakter góry trafnie oddaje powiedzenie rosyjskich alpinistów: ,,nie pytaj kogoś, czy był na Evereście, spytaj, czy był na Pobiedzie".

Poza krajami byłego ZSRR nazwa Pik Pobiedy większości ludzi nic nie mówi. Szczyt jest niemedialny, bo nie ma 8000 metrów. Z drugiej strony może to i dobrze. Dzięki temu, że góry Tien-Szanu, podobnie jak i Pamiru, nie osiągają owej magicznej wysokości i nie przyciągają tłumów, rejon Azji Środkowej jest w miarę przystępny cenowo. I nie da się ukryć, że obok chęci postawienia sobie poprzeczki jak najwyżej i zmierzenia się z górą owianą legendą, obok faktu, że na szczycie Piku Pobiedy nie stanęła dotąd żadna Polka, dla wyboru celu naszej wyprawy owa finansowa dostępność również miała znaczenie.

Jak długo trwają i wyglądają Pani przygotowania do wyprawy? Czy każda z uczestniczek trenuje w podobny sposób?

Dla mnie przygotowania trwają tak naprawdę cały czas. Nie realizuję konkretnego programu treningowego przygotowującego do wyprawy. Od lat zawodniczo uprawiam skialpinizm oraz rajdy przygodowe. Biorę też udział w różnego rodzaju zawodach rowerowych czy biegowych. Oprócz tego wspinam się. To w pewnym sensie wymusza nieprzerwaną i wszechstronną aktywność, tak w sezonie letnim, jak i zimowym.

Przygotowanie kondycyjne pozostałych uczestniczek wygląda podobnie, choć rodzaje aktywności, podejmowanej na co dzień bywają różne, w zależności od tego, co dana osoba poza górami trenuje. Mamy bowiem w naszym zespole i zawodową tancerkę i byłą zawodniczkę lekkiej atletyki.

Oprócz indywidualnych treningów bardzo istotne są wspólne wyjazdy. Staramy się wykorzystywać każdą okazję, by wspólnie jeździć w góry, szkolić się, a zarazem poznawać siebie nawzajem. Ważnym elementem przygotowań była ,,HiMountain Elbrus Winter Expedition" - zimowa wyprawa w Kaukaz, w której udział wzięła część naszego kobiecego zespołu.

Kilka tygodni w damskim towarzystwie może być dosyć trudnym czasem, czy nie obawiają się Panie kłótni, jakie mogą się pojawić?

Kłótnie na pewno się pojawią. Bo pojawiają się zawsze, nawet w najlepiej zgranym zespole męskim czy mieszanym. Ludzie gór przeważnie w mniejszym lub większym stopniu są indywidualistami. Również sama sytuacja jaką jest wyprawa wysokogórska wymaga wytrzymałości psychicznej. Każdy boryka się ze strachem o siebie i pozostałych uczestników, z tęsknotą za bliskimi. Jest się odciętym od codziennych spraw i aktywności. Zarazem okoliczności skazują nas na nieustanne towarzystwo tych samych osób, na wspólne z nimi działanie, na stłoczenie we wspólnym namiocie. To z pewnością sprzyja pojawianiu się konfliktów. Z drugiej jednak strony większa bezpośredniość relacji sprzyjać może sprawniejszemu ich rozwiązywaniu - wyrażeniu swoich pretensji wprost, a później znalezieniu kompromisu.

Czy rzeczywiście kłótnie częściej pojawiają się na wyprawach kobiecych niż męskich? Myślę, że to stereotyp, powstały w oparciu o historię kilku zaledwie polskich wypraw kobiecych. Czy na naszej wyprawie pojawią się konflikty, dezorganizujące działanie - zobaczymy. Póki co razem przeszłyśmy już przez niejedną trudną sytuację. I chyba każde z takich wydarzeń jeszcze bardziej konsoliduje nasz zespół.

Czego najbardziej się Pani boi jeśli chodzi o wyprawę?

Boję się załamania pogody, które przyjść może zawsze. Boję się wysokości, która podstępnie odbiera siły. Boję się lawin seraków, szczelin lodowcowych. Boję się, że któraś z nas popełni błąd, a w górach niewiele trzeba by nawet niewielki błąd zakończył się tragedią. Boję się tej nieprzewidywalności, która na stałe wpisana jest w działalność wysokogórską i której nie wyeliminujemy, choćbyśmy nie wiem jak ściśle przestrzegali zasad bezpieczeństwa.

Ale najbardziej chyba boję się tego, że zbyt mocno będziemy chciały coś pokazać, że zbyt poważnie potraktujemy docinki typu ,,baby do garów, nie dacie rady" i że w efekcie to ,,czerwone światełko", mówiące, że trzeba zawrócić, nie zapali się na czas. Ciągle staram się o tym pamiętać i obiecuję sobie, że będę na to wyczulona. Myślę, że pozostałe dziewczyny również. Jedziemy po to, żeby wrócić, a nie żeby coś komuś udowodnić.

Góry niosą ze sobą wiele niebezpieczeństw, skąd zatem bierze się ta nieposkromiona chęć kuszenia losu i zdobywania coraz trudniejszych szczytów?

Nie wiem. I chyba nikt nie wie. Skąd bierze się ludzka tendencja do przekraczania samego siebie, swoich ograniczeń, do poszukiwania granic swoich możliwości?

Na pytanie o sens jeżdżenia w góry próbowało już odpowiedzieć wielu. Można mówić o rywalizacji sportowej, o samorealizacji, o samopoznaniu, o potrzebie powrotu do bardziej prostego i pierwotnego sposobu życia i relacji z ludźmi, o potrzebie kontaktu z naturą, o rozwoju duchowym. Ale żadna z tych odpowiedzi tak naprawdę odpowiedzią nie jest.

Które z dotychczasowych swoich wyjść uważa Pani za najtrudniejsze?

Najtrudniejszym atakiem szczytowym był dla mnie, wbrew pozorom, wcale nie któryś z siedmiotysięczników, ale zimowy Elbrus. Góra, uznawana latem za łatwą. Wchodziliśmy na szczyt w lutym, w okresie, kiedy o dobrą pogodę jest bardzo trudno.

Atak szczytowy w warunkach zimowych jest nie tylko o wiele trudniejszy niż latem z uwagi na bardzo niskie temperatury i silny wiatr, ale i trwa dłużej. Góra, choć pozbawiona trudności wspinaczkowych, pokryta jest twardym lodem, szczeliny ukryte pod śniegiem, a orientacja przy niemal nieustannym opadzie śniegu utrudniona.

Dziesięć i pół godziny, które zajął nam atak szczytowy były jednymi z trudniejszych z mojej górskiej ,,karierze", a jeszcze trudniejsza była chyba pierwsza, nieudana próba, którą podjęliśmy dwa dni wcześniej. Cena, jaką zapłaciłam - niewielkie odmrożenia - byłą ceną ,,promocyjną". Częściowo znalazłam odpowiedź na pytanie, dlaczego kobiety niemal wcale nie jeżdżą na wyprawy zimowe. A zarazem sama się do działalności zimowej przekonałam.

Bez czego nie mogłaby się Pani obejść w górach?

Raczej nie bez czego, ale bez kogo. Bez ludzi.

Brak któregoś z podstawowych elementów sprzętu, brak jedzenia, brak możliwości przygotowania picia, czy problemy ze zdrowiem - w każdej z tych sytuacji szansą wyjścia jest pomoc ze strony innych osób. Szansa może być niewielka, nieraz niewystarczająca, ale jest. Ewentualnie można mieć chociaż złudzenie, że jest. A kiedy wokół nikogo nie ma, w krytycznej sytuacji zostajemy ze świadomością bycia zdanym wyłącznie na siebie.

Nie chodzi o to, że sama czuję się niepewnie i jestem zależna od wsparcia innych. Wiem, że w górach wysokich obowiązuje zasada ,,umiesz liczyć, licz na siebie", że inni mogą nie być w stanie pomóc lub po prostu nie chcieć podjąć ryzyka. Ale czasem wystarczy, żeby ktoś po prostu był obok.

Jak wypełnia Pani swój czas podczas długich godzin spędzonych w namiocie?

Cóż, często po prostu śpię. Wyprawa daje wiele szans ,,odespania" pozostałego czasu w roku. Kiedy już wszyscy są wyspani do granic możliwości, czas spędza się na rozmowach. Z reguły są to rozmowy na tematy proste, związane z wyprawową codziennością. Planowanie kolejnych dni akcji górskiej, rozważanie różnych wariantów wejścia. Dyskusje o tym, co zjemy dziś na obiad, ewentualnie co byśmy zjedli, gdyby jedzenie się nie kończyło lub gdybyśmy byli na dole, w restauracji lub u mamy. Czasem dyskusje o tym, co zostawiliśmy na dole -  częściej o rodzinie niż o pracy. Wreszcie historie z wcześniejszych wypraw i planowanie kolejnych. Głębsze, nieraz wręcz egzystencjalne tematy, również się pojawiają, lecz raczej rzadko.

Zresztą w namiocie, zwłaszcza podczas załamania pogody, kiedy nie bardzo można wyjść, a każdy nieostrożny ruch spowodować może rozlanie gotującej się wody lub strącenie osadzonego na ściankach szronu, każda czynność zajmuje masę czasu. Nabieranie śniegu do stopienia na wodę, zrobienie herbaty, gotowanie i jedzenie posiłków, nie mówiąc już o rytuale przygotowania psychicznego, a następnie wyjścia na zewnątrz do toalety. Tu na dole trudno w to uwierzyć, ale czynności te potrafią zająć sporą część dnia. Do tego trochę rozmowy, trochę snu i... człowiek na nic już więcej nie ma czasu.

Jak oceniłaby Panie szanse kobiet w wysokich górach, czy radzą sobie wystarczająco dobrze jak mężczyźni?

Patrząc na wielkie postacie światowego himalaizmu kobiecego takie jak Edurne Pasaban, Gerlinde Kaltenbrunner czy Nives Meroi, śmiało powiedzieć można, że panie radzą sobie świetnie. Również osiągnięcia współczesnych himalaistek polskich, takich jak Anna Czerwińska czy Kinga Baranowska, są godne podziwu i plasują je w czołówce światowej.

To, że kobiet, a zwłaszcza Polek, w górach wysokich jest dziś niewiele, to inna sprawa. O tym, że wcale tak być nie musi przypomina nam historia wielkiego himalaizmu kobiecego lat siedemdziesiątych. Historyczne postaci, takie jak Wanda Rutkiewicz, pokazują, że kobieta w himalaizmie może dorównać mężczyznom, a nawet przewyższać niektórych swoim poziomem sportowym.

Oczywiście takie dywagacje doprowadzić mogą do absurdalnej sytuacji porównywania ze sobą osiągnięć sportowych kobiet i mężczyzn. Dosłowne zestawianie wyników przedstawicieli różnych płci moim zdaniem nie ma sensu, tak w himalaizmie, jak i w każdej innej dyscyplinie.

Czy ma Pani jakiś swój górski autorytet?

Tak, oczywiście. Spośród wielkich nazwisk polskiego himalaizmu największymi autorytetami dla mnie były, są i pozostaną te osoby, które znam lub znałam osobiście. Nie tylko jako wybitnych himalaistów, ale i jako wspaniałych ludzi, niezwykle skromnych i chętnych do pomocy, podzielenia się swoim doświadczeniem. Wśród takich autorytetów ,,najwyższego kalibru" wymienić mogę Piotra Pustelnika oraz tragicznie zmarłego niedawno Piotra Morawskiego.

Czy po serii siedmiotysięczników planuje Pani zdobywać również ośmiotysięczniki?

Tak, bardzo chciałabym. Główną barierą, która jak dotąd mi to uniemożliwia są finanse. Wyposażenie sprzętowe mam zapewnione, jednak pozostałe koszty wyprawy są znaczne. Wyjazd na szczyt lub szczyty siedmiotysięczne to koszt rzędu kilku tysięcy złotych, wyprawa na ośmiotysięcznik to co najmniej 20 tysięcy złotych. Niemniej jednak wierzę, że trudności finansowe uda się przezwyciężyć. Wiem już, który z ośmiotysięczników chciałabym zdobyć jako pierwszy. Mam nadzieję, że uczynię to w kobiecym gronie.

Na czym według Pani polega sukces w wypraw wysokogórskiej?

Kiedyś, na jednym z siedmiotysięczników w dramatycznych, wręcz tragicznych okolicznościach, stworzyłam sobie taką prostą definicję: Sukces wyprawy to ten sam skład przed i po. I tej definicji staram się trzymać. I wierzę, że nasza wyprawa zakończy się sukcesem.

Ola Dzik

Absolwentka psychologii i socjologii na Uniwersytecie Śląskim. Obecnie doktorantka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje także jako przewodnik beskidzki i pilot wycieczek.

Jej osiągnięcia wysokogórskie:
- Pik Somoni (d. Pik Kommunizma, 7495 m n.p.m.) - 2008;
- Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.) - 2007;
- Szczyt Awicenny (d. Pik Lenina, Niepodległości, 7134 m n.p.m.) - 2006;
- zimowe wejście na Elbrus (5642 m n.p.m.), najprawdopodobniej jako pierwsza Polka zimą - 2009;
- zimowy trawers oraz wejście na Mont Blanc (4810 m n.p.m.) - 2008.

Osiągnięcia w narciarstwie wysokogórskim:
- Mistrzostwo Polski w Narciarstwie Wysokogórskim w sezonie 2006/2007 (w parze z Magdaleną Derezińską);
- Puchar Polski w Narciarstwie Wysokogórskim w sezonie 2006/2007;
- członkostwo Kadry Narodowej Polski w Narciarstwie Wysokogórskim w sezonie 2006/2007 oraz 2007/2008.
osiągnięcia w rajdach przygodowych (Adventure Racing):
- Mistrzostwo Polski w Rajdach Przygodowych w sezonie 2008 (w zespole Navigator Suunto);
- Wicemistrzostwo Czech w Rajdach Przygodowych w sezonie 2005 (w zespole Davis Trezeta AT);
- IV miejsce w Zamberlan Adventure Trophy - Mistrzostwach Europy w Rajdach Przygodowych w sezonie 2008 (w zespole Navigator Suunto).

Ewa Paduch

2009-07-10 14:20:10

Tagi:

sport,

góry,

wyprawa,

aleksandra dzik,

ola dzik,

alpinistka,

alpinizm

Komentarze