Menu

Natalia Przybysz nawet w ciąży nie jadła mięsa, a swoje dzieci wychowuje na wegetarian. Na emeryturze planuje rewolucje. „Zgolę się na łyso, będę chodzić boso i robić afery”

8 minut czytania
Natalia Przybysz nawet w ciąży nie jadła mięsa, a swoje dzieci wychowuje na wegetarian. Na emeryturze planuje rewolucje. „Zgolę się na łyso, będę chodzić boso i robić afery”
0

Jeździ dwudziestoletnim samochodem, w szafie prawie nie ma ubrań, nie nosi szpilek i uważa, że to ekologia. Żyj prosto. Konsumuj mniej. Myśl więcej – to jeden z ulubionych eko-postulatów Natalii Przybysz, piosenkarki, która kilka lat temu, razem z siostrą, tworzyła grupę Sistars. Dziś obchodzimy Dzień Ziemi. W wielu krajach dbanie o środowisko to kwestia dobrych manier. U nas uchodzi za bezużyteczną i niepraktyczną fanaberię albo hipokryzję. Dlaczego?

0

iWoman.pl: Jest Pani eko-wariatką? Przykuwa się do drzew, wspina na kominy elektrowni, własną piersią obroniłaby jelenia przed myśliwymi?

Natalia Przybysz, piosenkarka: Nie. Jestem na etapie skupienia na sobie i swojej rodzinie. Bycie matką jest dla mnie najważniejsze, dbam przede wszystkim o dzieci. Mam w sobie dużo instynktu samozachowawczego i matczynego, o nic nie walczę.

Pytam, bo tak w Polsce kojarzą się miłośnicy ekologii, wegetarianie, weganie. Społeczeństwo oczekuje od nich totalnej konsekwencji. Skoro deklarujesz się w ten sposób, to nie jedz mięsa, mieszkaj w lepiance, nie używaj samochodu, telefonu komórkowego, wyrzeknij się cywilizacji. Słowem – żyj jak człowiek pierwotny. Inaczej zasługuje się co najwyżej na miano hipokryty.

Prostota życia to bliska mi idea, ale jest to dla mnie w tym momencie niemożliwe. Mam dzieci, żyję w swoim małym świecie. Dzieciom trzeba zrobić jeść, posprzątać, wyprać, a poza tym trzeba jechać na próbę, skomponować kilka piosenek. Jestem piosenkarką z zawodu, a nie wojującą ekolożką. Gdy ktoś mnie zaprasza, to biorę udział w akcjach typu ocalić karpia, ocalić konie, ocalić świnie, bo to ważne. Ale nie stać mnie na więcej. Nieraz kiedy wracam wieczorem do domu, nie mam siły machnąć ani ręką, ani nogą.

Ale planuję takie eko-rewolucje później, jak już będę babcią. Zgolę się na łyso, będę chodzić boso i robić afery (śmiech). Na razie mam na to za mało czasu.

Natalia Przybysz to polska wokalistka R&B, znana również jako Natu. Urodziła się 1 września 1983 roku w Warszawie. W 2001 r. założyła razem z siostrą grupę Sistars, w której występowała do 2006 r. Od 2008 r. występuje solo pod pseudonimem artystycznym Natu. Wydała trzy płyty solowe, niebawem ukaże się czwarta. Ma dwójkę dzieci – córkę Anielę i syna Jeremiego.

Czyli ekologia tak, ale do momentu, kiedy nie muszę zbyt wiele poświęcać.

Nie, tu nie chodzi o poświęcanie czegokolwiek. Każdy powinien działać w sobie, wokół siebie, walka nie ma sensu. Nie lubię ekstremizmów, ani hardcorowych ideologów, którzy przemocą chcą działać dobro. Dla mnie ekologia to podejście do życia, które opiera się na zasadzie niestosowania przemocy. Praktykowanie tej zasady zaczyna się od siebie: chodzi o pozostawanie w zgodzie z sobą. I ta postawa przekłada się na świat zewnętrzny.

Brzmi bardzo mgliście. A w praktyce? Segreguje Pani śmieci, nie kupuje napojów w plastikowych butelkach, sama robi sobie kosmetyki z jogurtu, pierze w szarym mydle?

Tak. Używam biodegradowalnych detergentów, segreguję odpady, zakupy robię tak, by produkować jak najmniej śmieci, a więc warzywa i owoce kupuję na bazarach, a nie zapakowane. Kosmetyków zbyt wiele nie używam, a jeśli już, to wybieram chemię nietestowaną na zwierzętach. A ponadto jestem weganką i uważam, że to jedna z lepszych rzeczy, które każdy z nas może zrobić dla swojego zdrowia i dla planety.

Dlaczego?

Wiele na ten temat napisano. Produkcja mięsa jest bardzo kosztowna, odpadogenna, zużywa bardzo dużo wody. Tygodnik Time kiedyś wyliczył, że na wyprodukowanie jednego kilograma wołowiny potrzeba stu litrów wody, a przejście jednej osoby na wegetarianizm ogranicza emisję gazów cieplarnianych o półtorej tony rocznie. Łatwiej jest zatem zjeść to, co je krowa, zamiast zjadać krowę, która najpierw musi zostać zabita, obrobiona, opakowana. To jest skrócenie łańcucha produkcji. Jeden z raportów ONZ podaje, że około 20 procent emisji CO2 pochodzi z hodowli zwierząt – więcej niż ze wszystkich samochodów, statków i samolotów razem wziętych. A nadmierna emisja dwutlenku węgla powoduje dziurę ozonową. To są konkrety i na mnie to wszystko robi wrażenie.

Są tacy, którzy nie wierzą w dziurę ozonową. Ani w globalne ocieplenie.

Są też tacy, którzy wierzą w wielkiego potwora spaghetti (śmiech). Na ile mogę, weryfikuję docierające do mnie informacje, bo nie mam w zwyczaju poddawania się żadnym modom, ani dyktaturom. Ale jeżeli już coś robię, to dlatego, że uważam, iż to ma sens. Poza tym nie dajmy się zwariować. Nie moją rolą jest bawienie się w detektywa, mam nadzieję, że robią to za mnie inni – ci, którzy taką rolę przyjęli. Nie bezkrytycznie, ale jednak mam potrzebę ufania ludziom i informacjom, po które sięgam. To jest niezbędne do życia. Nie zamierzam żyć w strachu i napięciu.

Strach jest dość istotnym orężem walki ekologów. Globalne ocieplenie powoduje ponoć topnienie lodowców i w ciągu kilkudziesięciu lat Półwysep Apeniński i Iberyjski znikną pod wodą. A tak w ogóle, to zanim do tego dojdzie, mogą nas zniszczyć coraz mocniejsze huragany, powodzie i inne anomalia pogodowe. Wystąpieniom ekologom nieustannie towarzyszy ten katastroficzny ton. Podziela Pani taką wizję świata?

Nie do końca. Ale to brzmi strasznie, gdy Pani o tym mówi.

To nie ja o tym mówię. Mówią o tym były kandydat na prezydenta USA Al Gore czy założyciel Greenpeace’u Rex Weyler – guru ekologów. To oni piszą takie scenariusze.

Myślę, że te obawy nie biorą się z próżni i coś w tym jest. Ale to nie zmienia mojego tu i teraz. Wolę się cieszyć tym, co mam, i dbać o to. Nie popadam w paranoję, a straszenie ludzi końcem świata to jest trochę paranoja. Takie sprawy jak globalne ocieplenie, to dla mnie nie kwestia wiary, lecz wiedzy. Jestem totalnym agnostykiem, nie wierzę w nic. A że w tych teoriach trudno się połapać, bo jedni eksperci mówią jedno, a inni drugie, to staram się tym nie przejmować. Poczekam aż mądrzejsi ode mnie dojdą z tym do ładu (śmiech).

Jak to się stało, że została Pani weganką?

Kiedy byłam mała, moja mama miała potworną astmę. Była chora do tego stopnia, że lekarze już nie dawali jej nadziei na wyzdrowienie. Miała takie duszności, że myślała, że umiera. Lekarze stwierdzili, że nie ma już sensu leczenia jej sterydami. Mama szukała innych sposobów i gdzieś trafiła na informację, że przy astmie, która może mieć podłoże alergiczne, warto spróbować diety wegetariańskiej. Tak zrobiła i to jej pomogło. Nie wyzdrowiała zupełnie, ale zaczęła się znacznie lepiej czuć i nigdy już nie wróciła do mięsa. Razem z siostrą zaczęłyśmy wtedy zadawać pytania: co to jest mięso, skąd się bierze, czemu mamie szkodzi. No i jak usłyszałyśmy, że jemy martwe zwierzęta, to nami wstrząsnęło i obrzydziło nam mięso raz na zawsze.

Trzyma się Pani tego konsekwentnie. Nawet w ciąży została przy diecie wegańskiej.

Tak, to było dla mnie bardzo naturalne. Ta dieta jest naprawdę strasznie demonizowana, 40 procent Hindusów to wegetarianie lub weganie i żyją, rodzą dzieci (śmiech). W trakcie ciąży konsultowałam się z dietetyczką, żeby upewnić się, że moja dieta jest prawidłowo zbilansowana. Zdarzyły mi się wpadki, na przykład gdy nagle poczułam ochotę na jajko. Zjadłam kilka, z czego nie jestem dumna. Ale czułam, że nie do końca jestem sobą, że powoduje mną embrion (śmiech). Urodziłam dwójkę zdrowych dzieci, mają świetne wyniki, doskonale się rozwijają. I już. Wszystko jest w porządku.

Nie wydaje się Pani, że niejedzenie mięsa to bardzo poważna decyzja podjęta za dzieci?

Rodzic, który karmi dziecko chipsami i hamburgerami z McDonalda, też podejmuje za nie ważne decyzje. Bo rodzice w ogóle podejmują za dzieci wiele decyzji. Taka ich rola. Zresztą moje dzieci są wegetariańskie, a wegetarianizm nie jest kontrowersyjną dietą. Dużo bardziej wymagający i trudny jest weganizm i tą decyzję pozostawiam im. Będą mogły ją podjąć, jak podrosną.

Jest Pani sklepowym detektywem? Kupując jedzenie czyta Pani etykietki?

Etykietki budzą moją podejrzliwość. Bo albo kupuję to coś i wiem co to jest, albo kupuję to coś i coś jeszcze w tym ukryte, co musi być opisane na etykietce. Więc staram się kupować jedzenie bez etykietek. Czasem pokuszę się na jakieś wynalazki typu pasztet sojowy i wtedy jest etykietka, ale w większości kupuję surowce, produkty nieprzetworzone. Etykietka jest im niepotrzebna.

Pani postawa życiowa to fanaberia?

Nie. To wyraz moich przekonań, płynie z mojego sumienia.

Takie eko-życie jest bardzo kłopotliwe? Wiele osób wymawia się, że na osiedlach nie ma kontenerów do segregacji śmieci, trudno kupić cokolwiek w butelkach zwrotnych, a nawet trudniej zrobić zwykłe zakupy.

To jest kwestia przyzwyczajeń i znalezienia sobie na to wszystko własnych sposobów. Zgodzę się ze stwierdzeniem, że w Polsce ekologiczne życie nie jest łatwe, ale nie jest też niemożliwe. To są bardzo proste sprawy: zamontowanie trzech kubłów pod zlewem, a nie jednego, kupowanie warzyw luzem, a nie na styropianowych tackach. No nie powie mi Pani, że to trudne (śmiech).

A po co to robić?

Nie wiem. Nie znam takich odpowiedzi. Nigdy nie pociągało mnie mięso i nie miałam ochoty nosić skóry zwierząt na swoich plecach. Gdy próbowałam takich zwykłych, sklepowych kosmetyków, czułam, że strasznie wysuszają skórę i niszczą śluzówki. Więc ich nie używam. Ale to są decyzje, które każdy musi rozważyć w sobie.

Z tego wynika, że skoro każdy ma taką postawę rozważyć w sobie, to nie ma tu mowy o żadnym wpływie na innych, o kształtowaniu konkretnych postaw. A przecież tyle się mówi o tym, że trzeba budzić świadomość ekologiczną. To nie ma sensu?

Nie wiem, może ma, ostatecznie decyzję o takich zachowaniach każdy podejmuje sam. A jeśli chodzi o wpływ, to ja mam wpływ na moje otoczenie. Dwa lata temu mój chłopak został wegetarianinem. Moje dzieci są wegetariańskie. Duża część mojej rodziny i znajomych, nierzadko dzięki inspiracji naszym przykładem, też zrezygnowała z mięsa. To moje małe zasługi dla świata.

Ekologia w dojrzałych demokracjach stała się kwestią manier. Dobrze wychowany człowiek nie wyrzuci plastikowej butelki, gdzie popadnie i nie będzie mył samochodu na brzegu rzeki. Ma nawyk sortowania śmieci, uważniej czyta etykiety i nauczył się oszczędzać wodę i prąd. To program minimum. A w Polsce co? Nie lubimy być modni?

Ciężko powiedzieć, myślę, że my po prostu jesteśmy dość ciężkim przypadkiem (śmiech). To trochę echo przeszłości. Nie czujemy, że otoczenie dookoła jest nasze, nie utożsamiamy się z nim. Ale myślę, że idziemy w dobrym kierunku.

Dziś jest wypromowany przez ONZ Dzień Ziemi. Dzieci ze szkół wybiorą się na sprzątanie świata, zorganizujemy pewnie trochę festynów, przez internet przetoczy się kilka akcji ekologicznych. Myśli Pani, że to coś daje, coś zmienia?

Nie wiem. Ja lubię takie akcje, bo to taki miły i prosty sposób pobudzania nas do refleksji.

Często mówi Pani nie wiem. To programowe podejście?

(śmiech). Ja mam takie buddyjskie, dość przewrotne podejście do poglądów. Bo moim zdaniem każda postawa bardzo konkretna i ostra wywołuje dużo cierpienia. Wiem, że może jestem ideologicznie trochę za miękka, ale robię to świadomie, z wyboru. Są nieco bardziej wyraziści ludzie, którzy mocniej zaznaczają kontury pewnych spraw. Ale ja nie mam takiej natury.

Sądziłam, że jest Pani bardzo przywiązana do ekologii i jej postulatów. Pamiętam, że w jednym z wywiadów padło nawet stwierdzenie, że muzyka jest ekologiczna.

Muzyka jest ekologiczna, bo akt tworzenia, jakim jest jej komponowanie, otwiera umysł na rzeczy ważne, budzi wrażliwość. Poza tym staram się poruszać ekologiczne tematy na moich płytach. Na poprzedniej miałam utwór z wierszem Tomasza Mersora mówiący o tym, że człowiek jest najsmutniejszym ze zwierząt, bo jest jedynym gatunkiem, który może przyczynić się do wyginięcia wszystkich. Ta teza zdecydowanie porusza ekologiczną nutę i odwołuje się do wrażliwości, która czasem w nas przygasa.

Mówiła Pani, że minimalizm jest jej bliski. Minimalizm jest ekologiczny?

Tak. Zachowania proekologiczne w wielu przypadkach sprowadzają się do ograniczania konsumpcji. Żyj prosto. Konsumuj mniej. Myśl więcej – to popularny eko-postulat. Posiadanie mnie nie kręci. Nie mam zbyt wiele ubrań, bo jestem fanką wymianek, co sprowadza się do tego, że po prostu rozdałam niemal wszystko i mam prawie pustą szafę. Nie posiadam żadnych kreacji, bo w ogóle tego nie czuję, a poza tym kompletnie nie znam się na modzie. Na obcasach nie umiem chodzić, więc sprawa szpilek jest rozwiązana. Poza tym mam dość kruche naczynia krwionośne i muszę chodzić na płaskim, bo ten ruch stopą, to naturalna pompa krwi w nodze. Na scenie najlepiej czuję się na boso.

Mam samochód, który ma ponad 20 lat i nic mu nie jest, nie psuje się, więc nie mam zamiaru go wymieniać na nowy. Mam mieszkanie, w którym się ledwo mieścimy, ale wolimy to i jeżdżenie na działkę, niż pakowanie się w kredyty. Konsumpcja mnie nie kręci. Wolę żyć niż mieć. To ekologia w moim wydaniu.

Rozmawiała: Paulina Pacuła

Skomentuj

Obserwuj nas na Facebooku!

Newsletter

Bądź zawsze na bieżąco z iWoman! Zapisz się do bezpłatnego newslettera.

Zapisz się
Uwielbiamy ciasteczka! Dlatego wykorzystujemy pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień i wyłączyć ciasteczka. Rozumiem