Wywiady i reportaże Maleńka Kalina przeżyła uderzenie huraganu Sandy, półroczna Lena dzielnie zniosła atak bakterii na K...

Maleńka Kalina przeżyła uderzenie huraganu Sandy, półroczna Lena dzielnie zniosła atak bakterii na Kaukazie, a Bernard przetrwał trzęsienie ziemi. Te dzieciaki nie wiedzą, co to wczasy all inclusive

Wysoccy nie chcą odkładać życia na potem. Chłoną świat wspólnie z dziećmi. [fot: archiwum prywatne]

- A może by tak rzucić wszystko w cholerę i wyjechać - powiedziała pewnego dnia Ola Wysocka. Pracownicy korporacji wypowiadają to zdanie przynajmniej kilka razy w miesiącu. Tyle, że w jej przypadku nie była to jedynie czcza gadanina. Kilka tygodni później wraz z mężem i dwójką malutkich dzieci wyruszała w półroczną podróż po Stanach w zapakowanym po dach kamperze. Iwona Kaliszewska z półroczną Lenką wyjechała w wysokie góry Kaukazu, gdzie trwała wojna domowa. Od politycznej zawieruchy dużo groźniejszy okazał się jednak atak bakterii, która rozłożyła niemal całą ekipę w wąwozie Pankisi w Gruzji. Błażej i Beata Kotełko zabrali dzieci ze szkoły i wyjechali na rok w podróż dookoła świata. Choć inni pukali się w głowę, oni nie bali się wyjechać całą rodziną w najdalsze zakątki Globu.

Kilka miesięcy temu Ola jechała do Indii. Wyciągnęła z szafy największą walizkę, położyła ją na środku pokoju i zaczęła się pakować. Kiedy skończyła, okazało się, że nawet w połowie jej nie zapełniła. Co jest? Musiałam o czymś zapomnieć! - zachodziła w głowę i nagle ją oświeciło: Acha, tym razem jadę bez dzieci...

Cichy głos rozsądku i promocja z niespodzianką

Jeszcze trzy lata temu ona i jej mąż Paweł pracowali w dużej korporacji. Oboje po socjologii, Paweł także po arabistyce. Kiedy wyjechał na kontrakt do Libii, Ola pracowała w firmie farmaceutycznej. Maciej był już na świecie. - Chcesz, żebym przyjechała, załatw mi robotę, bo nie będę matką Polką siedzącą w domu - powiedziała. Wkrótce dołączyła do męża i zaczęła pracę jako specjalista od przetargów. Po roku sytuacja polityczna w Libii zaostrzyła się. Na kolejne ruchy wojsk Kaddafiego, Amerykanie odpowiadali bombardowaniem. Wysockim udało się wyjechać właściwie w ostatniej chwili, w przeddzień rewolucji.

Wrócili do Polski. Wkrótce Ola zaszła w drugą ciążę. Kiedy urodziła się Kalina, firma znów przeniosła się do Libii. Musieli zdecydować, co dalej. Opcja rodzinnego wyjazdu tym razem nie wchodziła w rachubę, bo na miejscu nadal było bardzo niespokojnie.


Paweł Wysocki z dziećmi, Island in the Sky, Utah
fot. archiwum prywatne
- Poczuliśmy, że coś trzeba zmienić - mówi Ola. - Nie chcieliśmy związku na odległość. Wtedy wypowiedziałam zdanie, które otworzyło nam drzwi do wielkiej przygody. A może by tak wszystko rzucić w cholerę... - śmieje się. - Paweł był głosem rozsądku, na szczęście niezbyt głośnym.

Kiedy Kalina miała trzy miesiące, pojechali na miesiąc na Dominikanę. O tym, że dziecko pojawi się na świecie dowiedzieli się kilka dni po tym, gdy kupili bilety. Nigdy z takim wyprzedzeniem nie planowali wakacji, ale to była wyjątkowo atrakcyjna promocja, na którą Ola trafiła w internecie tuż po powrocie z Gwatemalii. Bilety z Paryża do Santo Domingo za niecałe 1300 zł. Grzech nie skorzystać. Kupili trzy: dla siebie i Maćka. Szybko policzyli, że w chwili wylotu synek będzie już trzyletnim, ogarniętym dzieckiem. Cztery dni później test pokazał jednak, że będzie ich więcej.

Hotel na godziny, huragan Sandy i dwa dni spóźnienia

Kalina urodziła się w lipcu i nie należała do spokojnych dzieci, które godzinami wpatrują się w swoje rączki. Dużo płakała i stale domagała się uwagi rodziców. Do ostatniej chwili wahali się, czy pojechać, ale przecież taka okazja może już się nie potworzyć. Poza tym mieli już doświadczenie. Z czteromiesięcznym Maćkiem byli przecież w Izraelu. Wylecieli. Ponad 20-godzinną podróż dzieci zniosły lepiej od nich. Na miejscu pomyśleli, że trafili do raju. Uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Lazurowa woda, palmy, piękne plaże, malownicze wodospady, pływanie w nocy w zatoczce ze świecącym planktonem. Bajka. Nawet płaczliwa Kalina w takich okolicznościach przyrody niespodziewanie wyciszyła się i spała jak aniołek.


Trzymiesięczna Kalina na Dominikanie
fot. archiwum prywatne
Na koniec wakacji postanowili zwiedzić południe wyspy. Wynajęli samochód i pojechali. Całą drogę padał deszcz. Przez kolejne dni także. W końcu zdecydowali, że wracają do Santo Domingo, tym bardziej, że dzień wylotu zbliżał się wielkimi krokami. Parli naprzód dopóki strumienie wody wylewały się spod kół wynajętej terenówki. Gdy woda zaczęła przelewać się przez dach, zrobiło się nieprzyjemnie. Dojechali do rzeki, przez którą trzeba było się przeprawić. Jednak z powodu intensywnego deszczu most osiadł tak nisko, że policja musiała zamknąć drogę. Nie mieli wyjścia, wynajęli pokój w najbliższym, mocno obskurnym hotelu.

- Jak się okazało był to hotel na godziny - wspomina Ola. - Za każdym razem, gdy mąż wychodził sprawdzić, jak wygląda sytuacja z mostem, dostawał od właściciela komplet ręczników na zmianę i paczkę prezerwatyw.

Kiedy właściciel przybytku zorientował się, że zbłąkana rodzina nie szuka cielesnych uciech, a po prostu schronienia, przyniósł ugotowany przez swoją mamę obiad. Z wdzięcznością przyjęli posiłek, bo pieniądze i zapasy powoli się kończyły. Około 18.00 wyjechali w kierunku mostu. To był ostatni moment, by jeszcze zdążyć na samolot. Kiedy zobaczyli gigantyczną dziurę w przeprawie, wiedzieli już, że nie ma na to szans. Na samolot spóźnili się dwa dni. Kiedy wrócili do Polski, okazało się że deszcz, który pokrzyżował im plany to nie była zwykła tropikalna burza, a huragan Sandy, który wyrządził ogromne szkody na Kubie, a potem w Nowym Jorku.

Zabawki na sznurku, spanie w szufladzie i milion pytań

Dominikańskie przygody jednak tylko zaostrzyły im podróżnicze apetyty. Wakacje w opcji last minute nie wchodziły w grę. Raz spróbowali. Nigdy więcej. Kalina była jeszcze wtedy w brzuchu. Padło na Grand Canarię. Basen, plaża, wygodny hotel, wyznaczone pory posiłków. Dla Wysockich - jeden wielki koszmar. Wrócili bardziej zmęczeni niż przed wyjazdem.

- Maciek miał ponad dwa latka i jak to bywa z dzieckiem w tym wieku nie było mowy o wylegiwaniu się na leżaku - opowiada Ola Wysoka. - Ciągle trzeba było mu organizować czas, bawić się z nim w piasku, albo w basenie. Szybko z tego zrezygnowaliśmy. Wynajęliśmy samochód i przez resztę tygodnia dzień w dzień zwiedzaliśmy wyspę. Może trudno w to uwierzyć, ale w podróży na własną rękę jest pod tym względem dużo łatwiej niż na stacjonarnych wyjazdach. Trochę jedziemy, trochę odpoczywamy, planujemy postoje, zwiedzamy. Nie ma nudy, dziecko jest bez przerwy czymś zabsorbowane.

Po powrocie z Dominikany decyzja o rzuceniu wszystkiego w cholerę była już faktem. Zawsze chcieli zwiedzić Stany. A może by tak wybrać się kamperem? - pomyśleli i w tej samej chwili zaczęli planować półroczną wyprawę. Jak spakować się na taki wyjazd?


Maciek i Kalina podczas podróży po Stanach Zjednoczonych
fot. archiwum prywatne
- Logistyka jest ważna, ale jechaliśmy do cywilizowanego kraju, więc nie było sensu robić wielkich zapasów - przyznaje Ola. - Przydają się dziecięce gadżety, ale z tym też nie przesadzaliśmy, bo po wielu podróżach z dziećmi wiedzieliśmy już, że nie ma potrzeby brać łóżeczka, bo dziecko z powodzeniem wysypia się w wyścielanej kocami szufladzie, ani wanienki, bo można z dzieckiem po prostu wejść po prysznic lub umyć je w umywalce. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile rzecz można zrobić z tektury i sznurka! - śmieje się 34-latka. - Kiedy do szału doprowadziły nas porozwalane po samochodzie zabawki, które Kalina z uwielbieniem rzucała, zawiesiliśmy je na sznurku podwieszonym pod sufitem. Patent świetnie się sprawdzał. Kalina bawiła się tak godzinami.

Leki? Tak, ale tylko podstawowe. I koniecznie ubezpieczenie. Przydało się, kiedy córeczka dostała gorączki i zaczęło jej świszczeć w oskrzelach. Lekarz uspokoił, że to tylko drobna infekcja. Podróże z dziećmi to nie zawsze sielanka. Nie ma się co oszukiwać. Co jest najgorsze?

- To że w razie kryzysu nie możesz podrzucić dzieci do dziadków i odpocząć. Nie ma takiej opcji. Jesteś z nimi 24 godziny na dobę - wzdycha Ola. - I czasem jest ciężko. Bywały kiepskie dni, kiedy Kalina marudziła, a Maciek strzelał focha, ale w domu też miewają gorsze dni, więc nie jest to kwestia wyjazdu. Pytania: "dlaczego", "a co to", "a kiedy” zadawane po tysiąc razy na trasie też potrafią doprowadzić do szału, ale fajne jest to, że dzieci budzą sympatię. Gdziekolwiek byśmy nie pojechali, natychmiast pojawiali się ludzie, którzy marzyli o tym, by zająć się naszymi dziećmi. Zwykle byli to emeryci, którzy też podróżują kamperami. Bawili się z nimi, rozpieszczali, a że nie jestem typem matki-kokoszki, która boi się oddać malucha w obce ręce, ochoczo im na to pozwalaliśmy, delektując się chwilą ciszy.

Wyjeżdżasz? Jak możesz! A co z dziećmi?

Zarzuty o brak odpowiedzialności i egoizm nauczyła się już puszczać mimo uszu. Wie, że teściowa wolałaby ją widzieć w roli matki, strzegącej domowego ogniska. Kiedy wygrała konkurs na najlepszy blog i powiedziała, że jedzie sama do Indii nawet jej własna mama spojrzała krzywo: Jak możesz? A co z dziećmi? A gdyby jechał Paweł, też robiłabyś mu takie wyrzuty? - spytała. Mama przyznała, że nie i więcej nie wierciła dziury w brzuchu.

- Pamiętam, że gdy urodził się Maciek, wmawiano mi, że musi być w domu nieskazitelny porządek, że trzeba trzymać dietę, żeby dziecko nie miało kolek - wspomina Ola. - A mnie chciało się czosnku, bo go uwielbiam. Słyszałam: Broń Boże! Szorowałam codziennie podłogi na wysoki połysk aż pewnego dnia zmęczona tym wszystkim rozryczałam się i powiedziałam, że już mam tego dosyć. Odpuściłam i Maćkowi i mnie wyszło to na dobre. I jeszcze ten pogląd, że dzieckiem zajmuje się matka, a ojciec pomaga. Kurczę, pomagać to on może wnosić sąsiadce zakupy po schodach! Ma wychowywać i opiekować się dzieckiem na takich samych warunkach jak ja. Na szczęście Pawłowi nie musiałam tego tłumaczyć.

Wysoccy nie chcą odkładać życia na potem. Chłoną świat wspólnie z dziećmi. Z nimi odkrywają na nowo. Gdyby nie Maciek i Kalina pewnie nigdy by nie zboczyli z trasy, by nakarmić żyrafy albo odwiedzić motylarium.


Ola i Paweł Wysoccy z dziećmi przed przyczepą, w której spali podczas podróży po Stanach Zjednoczonych,
fot. archiwum prywatne

- Jeździmy z nimi, póki tego chcą. Kiedy będą miały naście lat, wakacje ze starymi będą obciachem - mówi Ola. - Nie mam złudzeń. Poza tym, ja nie mam czasu na odkładanie marzeń. Nie czuję bym miała taki luksus. Tato umarł na raka gdy miał 56 lat, u mamy nowotwór właśnie zdiagnozowano. Chwytam chwile.

Na razie osiedli w Warszawie i otworzyli kawiarnię. Choć pachnie to stabilizacją, Ola zapewnia, że nie zamierzają prowadzić jej do końca życia.

- Wkładamy w prowadzenie biznesu całe serca, ale chcemy dzieciakom pokazać jeszcze kawał świata - śmieje się Ola. - Chcę żeby wiedziały, że ludzie się różnią, że mówią różnymi językami, mają różne kolory skóry, różnie się ubierają, że są np. kraje, w których mężczyźni chodzą w spódnicach. Może gdyby Maciek to wiedział, nie pozwoliłby babci zdjąć sobie z szyi ulubionego różowego szaliczka. Stwierdziła, że chłopcom nie wypada ubierać się w takie kolory. A kto tak zdecydował?

Na drugiej stronie o rodzicach, którzy wyruszyli z dziećmi w roczną podróż dookoła świata

Tagi:

rodzina,

dziecko,

podróż,

rodzice,

wyprawa

Komentarze